Blog jest projekcją mojej rzeczywistości. Między wierszami kryje się prawda o tym, jaka jestem.
poniedziałek, 09 stycznia 2012

i wciąż ją kocham  Autor - Nicholas Sparks

Tytuł - "I wciąż ją kocham"

Tytuł oryginału - "Dear John"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2008.

Tłumaczenie - Elżbieta Zychowicz

Ilość stron - 351.

Opis z okładki:

John Tyree dokonuje wyboru - nie widząc szans na zdobycie wyższego wykształcenia, po ukończeniu szkoły średniej zaciąga się do armii. Przechodzi szkołę prawdziwego, męskiego życia, nabiera pewności siebie, której dotąd mu brakowało. W czasie przepustki spotyka Savannah - dziewczynę swoich marzeń. Młodszą o dwa lata studentkę pedagogiki, wolontariuszkę, która z grupą przyjaciół, w ramach akcji dobroczynnej, buduje domy dla ubogich. Na przekór wszelkim okolicznościom, pomiędzy dwojgiem rozkwita miłość. Savannah przyrzeka czekać na ukochanego, dopóki nie minie okres jego służby. On zaś uświadamia sobie że pragnie z nią założyć rodzinę. Wydarzenia z jedenastego września wstrząsają chłopakiem, który z poczucia obowiązku przedłuża pobyt w wojsku. Niestety, ich związek nie wytrzymuje długiego rozstania - w pożegnalnym liście dziewczyna informuje go, że zakochała się w kimś innym. Czas nie leczy ran - kiedy po kilku latach John wraca do domu, marzy tylko o jednym - jeszcze raz trzymać Savannah w swoich objęciach...


*   *   *

Pomimo, że tak naprawdę nie są niczym innym, jak zwykłymi romansami, uwielbiam książki Nicholasa Sparksa oraz filmy nakręcone na ich podstawie. Z pewnością większość z Was kojarzy "List w butelce", "Pamiętnik", a już w szczególności cudowną "Szkołę uczuć" (na podstawie książki pt. "Jesienna miłość") - film, na którym płaczę, ilekroć go oglądam. "I wciąż ją kocham" to kolejna zekranizowana powieść Nicholasa Sparksa. Film obejrzałam już dosyć dawno temu. Płakałam, a jakże! A jest taka "zasada", że kiedy ja na jakimś filmie płaczę to znaczy, że na pewno jest on dobry. Romantyczny, wzruszający, smutny - w każdym razie bardzo emocjonalny. Jakkolwiek to zabrzmi głupio, lubię płakać na filmach. Przepis na moje łzy jest prosty: empatia + wyobraźnia + uczucie. Postawić się w sytuacji bohaterów, wyobrazić sobie, że to mnie mogłoby spotkać to, co ich i poczuć te wszystkie uczucia, które temu towarzyszą. I po obejrzeniu takiego filmu mieć poczucie, że doświadczyłam katharsis i ucieszyć się z tego, co mam. Kiedy właśnie ów film dostarczył mi takich uczuć, wiedziałam już, że muszę sięgnąć po książkowy pierwowzór. Długo czekałam na zarezerwowana książkę w Bibliotece Śląskiej, kiedy jednak w końcu ją dostałam tak mnie pochłonęła, że ja pochłonęłam ją w kilka dni ;)

"I wciąż ją kocham" to opowieść o miłości. Miłości pomimo wszystko - pomimo dzielącej odległości, nieubłaganie upływającego czasu i tego, że ona pokochała kogoś innego. John i Savannah poznali się latem na plaży. On był wówczas żołnierzem na przepustce. Ona wraz z przyjaciółmi w ramach akcji charytatywnej budowała domy dla ubogich. Zdawało się, że jest między nimi tak niewiele podobieństw, a tak wiele różnic... A jednak wybuchła miłość. Chciałoby się powiedzieć - gorąca. Jednak nie do końca tak było. Choć Savannah wzbudzała w Johnie pożądanie, ona sama była osobą zbyt religijną i skromną, aby zdecydować się na bliskość fizyczną. I - choć mi samej trudno uwierzyć w realność istnienia takiego związku - ich miłość w swej czystości i niewinności była piękna. Oczywiście, to był początek. Później sielankę zweryfikowała szara rzeczywistość. Savannah wróciła na studia, John zaś do Niemiec, gdzie stacjonował jego oddział. Pisali listy, maile, rozmawiali przez telefon. W każdy pierwszy dzień pełni patrzyli w księżyc, każde w swoim zakątku świata, by choć w ten sposób poczuć, że są razem. Spotkali się po roku, lecz nie było już tak różowo jak na początku. Potem znów musieli się rozstać na kolejne długie miesiące. Wtedy nadszedł 11 września 2001 roku. Wstrząśnięty wydarzeniami John, czując patriotyczny obowiązek, przedłużył swój pobyt w wojsku, mimo że od powrotu na stałe do ukochanej dzieliło go już tak niewiele. To oczywiste, że Savannah zrozumiała jego pobudki i poparła jego decyzję. Była z niego dumna. A jednak ta właśnie decyzja sprawiła, że miłość nie przetrwała - dziewczyna zakochała się w kimś innym. Zdradziła - można by pomyśleć i od razu ją potępić. Okazuje się jednak, że i ona miała swoje motywy, które nie sposób jednoznacznie ocenić.

Gdy kochankowie spotykają się po latach, mimo że Savannah jest żoną kogoś innego, John nie ma wątpliwości co do swoich uczuć - wciąż ją kocha. Cóż to jednak znaczy kochać kogoś naprawdę? To właśnie pytanie zdaje sobie główny bohater.

"Prawdziwa miłość oznacza, że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz."

Dla bohatera powieści Sparksa prawdziwie kochać oznacza właśnie pozwolić tej ukochanej osobie być szczęśliwej na jej własnych warunkach, nawet jeśli jemu samemu sprawia to ból. Nawet jeśli oznacza to nigdy więcej jej nie zobaczyć.

"I wciąż ją kocham" to jednak nie tylko "love story". To także piękne i głębokie studium przemiany wewnętrznej głównego bohatera i dojrzewania relacji ojca z synem. Ojciec Johna był dość nieszablonowy. Cichy, małomówny, powściągliwy w okazywaniu uczuć, żyjący zawsze według ściśle określonego schematu, bez reszty pochłonięty numizmatyką, zatopiony w swoim małym wewnętrznym świecie. Jako młody chłopak John niejednokrotnie reagował złością na inność swojego ojca, przepełniały go tłumione pretensje. Dopiero Savannah uświadomiła mu, że jego ojciec cierpi być może na zespół Aspergera - lekka odmianę autyzmu. To odkrycie, choć początkowo budzi w głównym bohaterze sprzeciw, pozwala mu zupełnie inaczej spojrzeć na własnego ojca, jego życie i postępowanie, a także zupełnie od nowa zbudować z nim piękną, głęboką relację.

Naprawdę gorąco zachęcam, aby sięgnąć po "I wciąż ją kocham", czy to w wersji książkowej czy filmowej. A najlepiej w obydwu :) Fani twórczości i ekranizacji Nicholasa Sparksa z pewnością nie będą zawiedzeni. Tych natomiast, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z żadną z powieści tego pana, zachęcam, aby przeczytali także inne jego książki. Sama nie przeczytałam jeszcze wszystkich, każda natomiast, którą miałam w rękach dostarczyła mi nie tylko przyjemności czytania i romantycznych wzruszeń, ale także głębokiej refleksji nad wartością miłości i życia.

poniedziałek, 02 stycznia 2012

tajemnice słowian  Autor - Leszek Matela

Tytuł - "Tajemnice Słowian"

Wydanie - Studio Astropsychologii, Białystok 2006.

Ilość stron - 242.

Opis z okładki:

Książka ukazuje tajemnice Słowian i ich miejsc mocy. Autor przedstawia tajemniczą wiedzę i osiągnięcia Słowian, szczególnie zamieszkujących terytorium Polski. Ukazuje ich fascynujący świat, zwyczaje, obrzędy i rytuały. Prezentuje tez możliwości praktycznego wykorzystania w codziennym życiu spuścizny Słowian, wypływającej z ich znajomości przyrody i jej mocy leczniczych. Książka jest też przewodnikiem po słowiańskich miejscach kultu.

*   *   *

Jestem z siebie dumna, bo to pierwsza tego typu - czyli popularnonaukowa - książka, którą przeczytałam całą, od deski do deski. Na początku trochę źle się do niej zabrałam, bo założyłam, że wiedzę trzeba sobie dawkować w niewielkich, łatwo przyswajalnych ilościach. "Tajemnice Słowian" wypożyczyłam w czerwcu, przeczytałam wstęp i pierwszy rozdział pt. "Skąd wzięli się Słowianie i ich mowa", odłożyłam i zajęłam się tym, co lubię zdecydowanie bardziej, czyli czytaniem powieści. Dopiero jesienią przypomniałam sobie, że książka Leszka Mateli wciąż leży na mojej półce. Przeczytałam rozdziały o słowiańskim modelu świata, bogach, boginiach, demonach i duszkach. I tu muszę przyznać, że dawkowanie wiedzy byłoby jak najbardziej wskazane, gdyż... nie zapamiętałam wszystkich. W tym momencie znowu więc książkę odłożyłam, aby czytać powieści. I pracować, bo niestety przez całą jesień, a także w grudniu miałam bardzo mało czasu na czytanie. Do lektury "Tajemnic Słowian" wróciłam w czasie świąt i tym razem już dałam się wciągnąć w ten pasjonujący świat.

Książka jest naprawdę ciekawa, napisana bardzo przystępnym językiem, a przy tym bardzo rzetelna, bo autor opiera się zarówno na źródłach piśmienniczych (kroniki), wykopaliskach archeologicznych, literaturze, legendach, a także badaniach z dziedziny geomancji i radiestezji. Oprócz wyczerpującej genezy plemion słowiańskich i opisu ich wierzeń, w książce z znajdziemy także wiele interesujących informacji - historia i analiza posągu "Światowida" z rzeki Zbrucz, Księgi Welesa, przegląd słowiańskiego kalendarze, świąt, obrzędów. Znaczna część poświęcona jest związkom Słowian z przyrodą. Autor opisuje ich święte drzewa, ich symbolikę i oddziaływanie. Prowadzi nas przez życie codzienne dawnych Słowian, wraz z przeglądem ich kuchni - tutaj sympatyczną ciekawostką są przepisy na chleb na zakwasie, zupę piwną oraz kwas chlebowy do picia. Z książki dowiemy się w jakich domach mieszkali Słowianie, jakie nosili stroje, ozdoby, amulety, z czego wróżyli...

Najciekawsza moim zdaniem część książki Leszka Mateli traktuje o słowiańskich miejsca mocy. Zdziwiło mnie takie określenie. Dlaczego miejsca mocy, a nie miejsca kultu? Autor tłumaczy więc co to są miejsca mocy, a także w jaki sposób się je lokalizuje i bada, np. przy użyciu różdżki radiestetycznej. Zawsze wydawało mi się, że takie sprawy można włożyć między bajki. Leszek Matela jednak, pisząc o takich rzeczach jak promieniowanie mierzone w jednostkach Bovisa, przekonał mnie, że niekoniecznie. "Tajemnice Słowian" prowadzą nas więc przez słowiańskie miejsca mocy, od najbardziej znanych jak Łysiec (Łysa Góra, dziś Święty Krzyż) czy Ślęża, po o wiele mniej oczywiste, zarówno w Polsce jak i poza jej granicami.

Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę książkę, ponieważ - choćbyśmy byli nie wiadomo jak bardzo pobożnymi chrześcijanami - mowa jest o naszych przodkach, a:

"Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest,

swoje - obowiązek."

[Zygmunt Gloger]

Ponadto książka jest bogato ilustrowana, nie tylko zdjęciami czarno-białymi, ale i kolorowymi, co jest jej ogromną zaletą. Ukazuje także, że echa wielu dawnych słowiańskich zwyczajów przetrwały do dziś. Po przeczytaniu "Tajemnic Słowian" postawiłam sobie za cel wyprawę na Ślężę i Święty Krzyż, nie tylko po to, aby zobaczyć, ale też, aby poczuć energię tych miejsc. Pamiętam, jak zawsze śmiałam się, że piątek trzynastego to nie żaden pechowy dzień, tylko czas sabatu czarownic na Łysej Górze. W tym roku wypadają aż trzy piątki trzynastego - teraz w styczniu, potem w kwietniu i lipcu. Może w któryś z nich sporządzę maść na latanie (na którą Leszek Matela również podaje "przepis"), wsiądę na miotłę i polecę na Łysą Górę tańczyć przy świetle księżyca? ;) Ktoś leci ze mną? ;)

piątek, 30 grudnia 2011

wybrańcy  Autor - Kristin Cashore

Tytuł - "Wybrańcy"

Tytuł oryginału - "Graceling"

Wydanie polskie - Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2011

Tłumaczenie - Krystyna Chodowska

Ilość stron - 496.

Opis z okładki:

W Estillu, podobnie jak w pozostałych królestwach, prawo wymuszało przekazywanie Obdarzeńców pod opiekę władcy. Dziecko, którego oczy przybrały dwa różne kolory – kilka tygodni, miesięcy, a najpóźniej kilka lat po narodzinach – wysyłano na dwór, gdzie wychowywały je opiekunki. Jeśli Dar okazywał się użyteczny, król przyjmował dziecko na służbę. Jeśli nie, odsyłano je do domu.

Katsa od dzieciństwa ujawnia niezwykłe zdolności budzące w innych niechęć i lęk. Na dodatek despotyczny władca bez skrupułów wykorzystuje jej Dar do swoich celów. Czy dziewczyna znajdzie sposób, aby odzyskać kontrolę nad swoim życiem i wypowiedzieć posłuszeństwo królowi? W jej świecie trudno o godnych zaufania sprzymierzeńców... Czy pozostanie w swej walce osamotniona? Jedno jest pewne: musi się zmierzyć ze śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem...

*   *   *

Katsa, główna bohaterka powieści Kristin Cashore jest Obdarzona. Znaczy to ni mniej ni więcej, tylko tyle, że ma Dar, pewną niezwykłą cechę, której nie posiada nikt inny poza nią samą. Znakiem rozpoznawczym Katsy - jak wszystkich Obdarzeńców - są oczy w dwóch różnych kolorach. Jedno zielone jak trawa, drugie błękitne jak niebo. Katsa ma Dar walki. A przynajmniej tak jej przez całe życie wmawiano i tak jej się samej wydawało. Dar Katsy jest błogosławieństwem dla Randy, króla Estillu i jej wuja, któremu dziewczyna musi być całkowicie posłuszna. Młoda podopieczna jest jego tajną bronią, jego narzędziem wymiaru sprawiedliwości, maszynką do odcinania palców, łamania kończyn, skręcania karków i wzbudzania powszechnego strachu w królestwie. Katsa jest jednak człowiekiem, normalną dziewczyną, myślącą i czującą. Jej Dar jest dla niej przekleństwem. Tak jej się przynajmniej wydawało, dopóki nie uświadomiła sobie, że jej Dar jest czymś zupełnie innym...

Katsa to taka średniowieczna feministka. Nie dlatego jednak, iż preferuje krótkie fryzury, żywi niechęć do ozdób i wytwornych sukni, największą radością jest dla niej natomiast dzień spędzony w siodle z mieczem przy boku. Najwyższą wartością w oczach Katsy jest wolność i niezależność. Jak jednak pogodzić to z pracą dla despotycznego władcy-tyrana? I czy nie będzie utratą wolności podążenie ze miłością, która przyszła tak nagle, zupełnie niechciana? Bohaterka staje przed trudnymi wyborami, które pokażą jej kim naprawdę jest i na zawsze zmienią jej życie.

"Wybrańcy" to, w moim odczuciu, bardzo dobra powieść fantasy. Niesamowicie wciąga i przenosi nas w zupełnie inny świat. Jednak opowiada także o władzy i sprawiedliwości, o miłości i wolności, o poszukiwaniu swojego prawdziwego Daru. Obdarzeńcy - to niezbyt miło brzmiące słowo. Sugeruje pewną skazę, stygmatyzuje. Jednak uświadomienie sobie, że inność, ten właśnie Dar, który wyróżnia z tłumu, jest czymś niezwykle cennym sprawia, że Obdarzeńcy stają się tytułowymi "Wybrańcami". A to już brzmi zupełnie inaczej... Gorąco polecam!

czwartek, 22 grudnia 2011

Pomimo mojego światopoglądu obchodzę z rodziną tradycyjne Boże Narodzenie i pomimo tego, że w rodzinie takiej jak moja, niepełnej, atmosfera świąteczna nie jest idealna, mam ogromny sentyment do tych świąt. Dla mnie święta to czas bardzo muzyczny :) Mam słabość do kolęd, pastorałek, a nawet zupełnie komercyjnych świątecznych piosenek. Dlatego też postanowiłam podzielić się z Wami tym, czego lubię słuchać i co budzi we mnie szczególne emocje. Kolejność zupełnie przypadkowa, za wyjątkiem ostatniego utworu :)

1. "Bóg się rodzi" - Czy wiecie, że prawdziwy tytuł tej pieśni to "Pieśń o Narodzeniu Pańskim", a jej autorem jest jeden z najwybitniejszych poetów polskiego oświecenia, Franciszek Karpiński? Ja wiedziałam ;) A dowiedziałam się tego na swoich pierwszych studiach. Utwór ten po raz pierwszy został wydany drugiem w 1792 roku w tomie "Pieśni nabożne". I może to dziwne, ale sama ta wiedza sprawiła, że polubiłam tę kolędę.

2. Mariah Carey "All I want for Christmas is you" - Jest taki film, który lubimy z siostrą oglądać w okresie świątecznym, piękny i wzruszający, o różnych odcieniach miłości - "To właśnie miłość" :) I jest w tym filmie mały chłopiec niesamowicie zakochany w koleżance ze szkoły. Wybranka jego serca na szkolnym przedstawieniu śpiewa tę właśnie piosenkę. Jest taka radosna i pozytywna :)

3. Skaldowie "Kolędujmy wszyscy wraz" - W czasach, kiedy chodziłam na oazę nasz naprawdę świetny ksiądz prowadził również grupę teatralną. Miałam okazję oglądać dwa przedstawienia tej grupy (czyli moich znajomych, nawet z udziałem mojego Dominika :P), a były to "Królewna Śnieżka" oraz "Opowieść wigilijna". W "Opowieści wigilijnej" była przepiękna scena tańczona do tej właśnie piosenki. Jest cudowna - bo po polsku, taka dynamiczna i przezabawna :)

4. Piotr Rubik "Biały śnieg i Ty" - bo jest piękna, tak po prostu :)

5. Fragment z musicalu "Metro" pt. "Uciekali" - śpiewa tutaj, młody jeszcze Robert Janowski - dziennikarz radiowy, a także prowadzący programu "Jaka to melodia". Uważam, że ma niezwykły głos :)

6. Arka Noego "Gwiazdeczka" - Lubię tę pastorałkę w wykonaniu dziecięcych głosików, bo jest tak skoczna i pełna energii, że dzięki niej zaczynam zwykle czuć świąteczną atmosferę :) W domu najczęściej to właśnie kolędy w wykonaniu Arki Noego towarzyszą nam przy przed-wigilijnych porządkach i gotowaniu.

I wreszcie piosenka, która porusza mnie szczególnie. Zawsze oglądając ten teledysk płaczę. Czasem samo słuchanie piosenki i przypomnienie sobie teledysku czy po prostu wsłuchanie się w treść wywołuje we mnie łzy. Polecam przeczytać, przetłumaczyć sobie tekst. Nie jest to teledysk oficjalny, lecz raczej seria zdjęć bezpośrednio związanych z tekstem utworu. Wstrząsających zdjęć. Warto posłuchać, obejrzeć i zastanowić się...

Niezależnie od tego, jakie święta obchodzimy w grudniu, czy jest to Boże Narodzenie, Szczodre Gody, Yule czy jeszcze coś innego, czym dla nas są te święta? Czy są (jak pięknie na wigilii grupowej powiedziała dziś moja koleżanka) tylko i wyłącznie "przejedzone"? Czy wcinając te wyszukane przysmaki mamy świadomość, że ktoś gdzieś na świecie - a może i całkiem blisko - cierpi głód? Mnie osobiście bardzo to porusza...

Jednak czy wiecie,  że - jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia - na świecie produkuje się dziś taką ilość pokarmu roślinnego, że wystarczyłaby ona do wykarmienia 17 miliardów jednostek ludzkich! Tymczasem około 90 procent hodowli soi przeznaczana jest na paszę dla zwierząt hodowlanych. Do tego sporą część upraw ziarna importuje się z krajów Trzeciego Świata. W samych Stanach Zjednoczonych zwierzęta hodowlane zjadają soję i pszenicę w ilościach, jaka pozwoliłaby na wyżywienie prawie 2 mld ludzi. Oblicza się, że dla wyprodukowania 1 kg mięsa potrzeba aż 10 kg soi.
Aby pokazać, w jakim ogromnym stopniu spożywanie mięsa wpływa na degradację zasobów naturalnych, przedstawia się poniższe zestawienie. Obszar o powierzchni 5 boisk futbolowych może wyżywić jedynie 2 ludzi jedzących mięso, 10 ludzi jedzących kukurydzę, 24 ludzi jedzących zboża lub 64 ludzi jedzących soję.

[źródło: www.wegetarianie.pl]

wtorek, 15 listopada 2011

Znalezione w sieci :) Też tak macie? Uśmiałam się jak głupia, kiedy to czytałam, ponieważ zgadzam się z wszystkimi tymi stwierdzeniami, za wyjątkiem 3,4,7 i 20.

jestem kobietą

sobota, 05 listopada 2011

Nigdy bym nie pomyślała, że znajdę w sobie taką pasję do gotowania ;) Od ok. półtora miesiąca (zaledwie!) jestem wegetarianką i od dnia podjęcia tej decyzji czuję się o niebo szczęśliwsza. W moje ślady, mimo protestów mamy, poszła moja młodsza siostra, co zmusiło nas do "wymyślania" wegetariańskich, pełnowartościowych potraw dla dwóch osób. Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz, bo przecież to wcale nie musiałoby się wiązać z rezygnacją z jedzenia mięsa, ale zaczęłyśmy wprowadzać do naszej kuchni warzywa, na które wcześniej nawet nie zwracałyśmy uwagi - kalarepkę, cukinię, dynię, patisona. Od wczoraj zajadamy się kiełkami rzodkiewki, na oknie w kuchni kiełkuje rzeżucha, w lodówce czeka już bakłażan, a w szafce zielona soczewica... A przecież tyle jeszcze jest do wypróbowania :) W wolnych chwilach szperam w internecie i wyszukuję różne ciekawe, lecz proste przepisy, chętnie spędzam czas w kuchni i po prostu szaleję z radości, kiedy nowa, zrobiona przeze mnie potrawa smakuje komuś więcej niż tylko mi i siostrze. Sama siebie nie poznaję ;)

Pomyślałam sobie więc, że - skoro tematyka mojego bloga i tak już w żaden sposób nie trzyma się przysłowiowej "kupy", lecz tworzy jeden wielki misz-masz - dodam nowe kategorie wpisów, jakimi będą "wegetarianizm" i "przepisy". Pod tagiem "wegetarianizm" postaram się umieszczać różne informacje o tym stylu życia i sprawach z nim związanych. Dlaczego? Wiem, że bloga poczytuje sobie anonimowo spore grono osób, a - jak już kiedyś wspominałam - uważam, że kluczem do zrozumienia i akceptacji jest po prostu trochę wiedzy. A kategorię "przepisy" zacznę rozwijać od dziś :)

Na początek ciasto :) Pomysł na wypróbowanie przepisu na ciasto marchewkowe chodził za mną od bardzo dawna, wydawało mi się jednak, że będzie trudne i nikomu nie posmakuje. Jakże się myliłam :) Okazało się to najprostsze w wykonaniu i zarazem najsmaczniejsze ciasto, jakie kiedykolwiek piekłam. Ma cudowny słodki, cynamonowy, nawet piernikowy smak, jest mięciutkie i lekko wilgotne. I znika w ekspresowym tempie :) Przepis, na którym się wzorowałam znajdziecie tutaj, dostosowałam go jednak do własnych potrzeb :)

 Składniki:

Na ciasto:

4 jajka

400g cukru (2 szklanki)

300ml ojeju roślinnego

200g drobno startej marchewki

100g wiórków kokosowych

400g mąki (ok. 2 szklanki)

po łyżeczce sody i soli

1-2 łyżeczki cynamonu

2 łyżeczki proszku do pieczenia

dowolne bakalie: pokrojone orzechy, ananas - u mnie kandyzowana skórka pomarańczowa

Na polewę/lukier:

400g cukru pudru (2 szklanki, może być trochę mniej)

100g kremowego serka

50g masła lub margaryny

olejek śmietankowy (opcjonalnie)ciasto marchewkowe

Przygotowanie:

Jajka miksujemy aż podwoi się ich objętość, dodajemy cukier i ubijamy na gładką masę. Następnie wciąż miksując, dolewamy powoli olej. Możemy już wyłączyć mikser, będzie potrzebny dopiero na wykonanie polewy :)

Do powstałej masy dodajemy marchewkę, wiórki kokosowe i dowolne bakalie (ja postanowiłam zrezygnować z zalecanych orzechów i ananasa, na rzecz uwielbianej przeze mnie kandyzowanej skórki pomarańczowej; można też zrezygnować z bakalii), delikatnie mieszamy.

Następnie dodajemy mąkę, cynamon, sól, sodę oraz proszek do pieczenia i znów delikatnie mieszamy wszystkie składniki. Ciasto przelewamy do wyłożonej papierem do pieczenia blachy (dużej - w przepisie na którym się wzorowałam były podane proporcje na małą blachę, więc podwoiłam ilość składników). Pieczemy przez godzinę w temperaturze 150 stopni.

Kiedy ciasto mamy w piecu możemy przygotować lukier :) Jeśli nie lubicie zbyt słodkich wypieków można zrobić lukier z mniejszej ilości składników, aby uzyskać cieńszą warstwę na cieście, można zastąpić go zwykłym cukrem pudrem (delikatnie oprószyć ciasto) albo w ogóle z niego zrezygnować. Wedle upodobania :) Ja jednak polecam z lukrem, ciasto jest bardzo słodkie, ale przepyszne.

Mikserem ucieramy serek wraz z masłem lub margaryną. Jeśli chcemy, aby polewa miała intensywniejszy smak i aromat, możemy dodać również olejek śmietankowy, ale nie jest to konieczne. Następnie stopniowo, po trochu, dodajemy cukier puder i miksujemy aż do uzyskania gładkiej, białej masy bez grudek. Przygotowaną polewę wkładamy do lodówki, aby trochę stężała. Smarujemy nią upieczone i lekko przestudzone ciasto. Ja posmarowałam tylko z wierzchu, można natomiast przekroić ciasto wzdłuż i przełożyć je masą w środku. Na koniec wkładamy do lodówki. Ciasto będzie najsmaczniejsze, kiedy polewa lekko stwardnieje.

Smacznego!

14:38, angellek89 , Przepisy
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 października 2011

biała królowa    Autor - Philippa Gregory

Tytuł - "Biała królowa"

Tytuł oryginału - "The White Queen"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Książnica, Katowice 2009.

Tłumaczenie - Urszula Gardner

Ilość stron - 480.

Opis z okładki:

Mistrzyni powieści historycznej sięga do czasów bratobójczych walka zwanych w Anglii Wojną Dwu Róż. Owe czasy zaciętych bojów o władzę pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodami Yorków i Lancasterów poprzedzają epokę Tudorów.

Król Edward IV York zakochuje się w pięknej wdowie, Elżbiecie Woodville, i przed upływem miesiąca bierze ją w sekrecie za żonę. Gdy ich małżeństwo wychodzi na jaw, dostają się w sam środek walk o wpływy na królewskim dworze, gdzie muszą stawić czoło matce Edwarda. Oburzony samowolą króla hrabia Warwick, doradca Yorków, obraca się przeciwko niemu, przechodząc na stronę wrogiego obozu Lancasterów.

Elżbieta jest kochającą żoną i oparciem dla męża uwikłanego w polityczne rozgrywki. Powoduje nią namiętność, ale i ambicja - zdobywa zaszczyty dla swoich bliskich, za co przyjdzie jej wszakże zapłacić wysoką cenę. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają z twierdzy w Tower jej dwaj synowie, których losy po dziś dzień stanowią przedmiot spekulacji historyków. Philippa Gregory przedstawia portret zmysłowej kobiety o silnym charakterze, proponując jednocześnie własne, przemawiające do wyobraźni wytłumaczenie zagadki zniknięcia książąt z Tower.

*   *   *

Zacznę może od tego, że to, że ostatnio nic nie recenzuję wcale nie oznacza, że nic nie czytam ;) Jestem w trakcie czytania dwóch trylogii, których postanowiłam nie rozdrabniać i nie opisywać oddzielnie każdego tomu, lecz zarówno jedną jak i drugą zrecenzować jako całość. Ponadto zdarzyło mi się rozpocząć kilka książek, które mnie rozczarowały i wróciły do biblioteki nie dokończone. W ogóle zrobiłam się ostatnio bardzo wybredna i być może tym jest podyktowana także moje opinia na temat "Białej królowej".

Uwielbiam powieści Philippy Gregory. Pierwszą, którą przeczytałam i która wciąż jest jedną z moich ulubionych książek były "Kochanice króla" - mistrzostwo! "Wieczna księżniczka" podobała mi się, choć nie zachwyciła, natomiast "Kochanek dziewicy" niemalże dorównuje "Kochanicom króla". Z cyklu powieści o królowych i pałacowych intrygach nie miałam jeszcze okazji przeczytać "Błazna królowej" oraz najnowszej "Czerwonej królowej", urzekły mnie natomiast książki z nim nie związane - trzytomowa saga rodu Lacey'ów ("Dziedzictwo", "Dziecko szczęścia", "Meridon") oraz pełna mrocznej magii "Czarownica". We wszystkich tych książkach się zaczytywałam, odkrywałam w nich barwne, pełne namiętności postaci, intrygi, romanse... Ani jedna strona nie pozwalała się nudzić. Z "Białą królową" jest natomiast inaczej...

Cóż mogę powiedzieć nie zdradzając treści? Wierności historycznej i dbałości o szczegóły nie można autorce odmówić, podobnie jak zdolności tworzenia niezwykle charakternych postaci. Prawdziwym fanom twórczości Philippy Gregory książka powinna się spodobać, bo - mimo że słabsza od innych - nie jest zła. Ja niestety wynudziłam się niemiłosiernie. Brakowało mi dworskich intryg, flirtów, balów, romansów... Nużyły mnie natomiast zbyt rozległe opisy walk o władze, relacje z bitew. Gdy znikał jeden wróg, pojawiał się następny. Brakowało mi odrobinę więcej błyskotliwych dialogów, gdyż ciężko się czyta kilka stron z rzędu ciągłego tekstu. Także zbyt szerokie ramy czasowe nie przemawiają na korzyść książki i mimo podawanych na bieżąco dat, nie nadążałam za tym ile już lat toczy się akcja.

Przyznaję szczerze, że kilka ostatnich stron sobie odpuściłam, gdyż moje znudzenie sięgało zenitu. Jednak jest to tylko moja subiektywna opinia :) Może la mnie nie był to dobry czas na tę powieść - ciągnie mnie ostatnio zdecydowanie bardziej w kierunku fantastyki ;) Może utalentowana autorka już się nieco twórczo wypala? A może Wojna Dwu Róż nie jest po prostu zbyt ciekawym okresem historycznym? Pozostawiam to Wam do własnego osądu, gdyż mimo wszystko zachęcam, żeby po "Białą królową" sięgnąć i skonfrontować moją opinie z własną :)

poniedziałek, 19 września 2011

Pamiętam, jak kiedyś uważałam, że zmiany nie są dobre. "Ale się zmieniłaś" - mówi się dawno nie widzianej koleżance i - jeśli nie dotyczy to nowej fryzury - zwykle jest to zarzut. Pretensje. Zmiana na gorsze. Bałam się zmian w swoim otoczeniu i swoim życiu, a najbardziej tych w sobie. Dlatego zmiana kierunku studiów, choć jak najbardziej słuszna, była tak bolesną decyzją. Dlatego tak ciężko było mi przyznać się nawet sama przed sobą do pogańskiego światopoglądu. A teraz przede wszystkim zmienił się mój sposób postrzegania zmian ;)

Zaczęło się od takich drobiazgów. Wróciłam do naturalnego koloru, zapuściłam włosy i całkiem niedawno zaczęłam nosić warkocze, zwykłe i dobierane, w różnych wariantach, w jakich uda mi się je stworzyć. Zmieniłam sposób malowania się, popielate cienie zamieniłam na cieliste, bronzer na róż, dodałam eyeliner i odkryłam, że mój typ urody wcale nie jest "mysi", ale typowo słowiański. Polubiłam swoje odbicie w lustrze i nawet już nie pamiętam połowy swoich kompleksów :) Jako, że wszystko co dzieje się w naszym życiu jest jednocześnie skutkiem czegoś i przyczyną czegoś innego, dzięki tym drobiazgom widzę teraz jak zmieniam się wewnętrznie. Częściej chodzę uśmiechnięta, a moja chorobliwa nieśmiałość ujawnia się już tylko w skrajnych przypadkach. Jestem bardziej pewna siebie, wyzbyłam się strachu przed tym, że ktoś "lepszy" zajmie kiedyś moje miejsce w sercu Dominika. Swojego czasu byłam bardzo zazdrosna, a za tym wszystkim krył się ogromny strach przed konfrontacją z jakąkolwiek osobą, od której mogłabym okazać się gorsza. Tymczasem zaakceptowanie i poznanie jego koleżanek ze studiów, choć początkowo tak przerażało, okazało się bardzo pozytywnym doświadczeniem, a ja czuję się silniejsza i bogatsza o poznanie kolejnych wartościowych ludzi. Ostatnio bardziej pozytywnie odbieram swoje życie i jestem otwarta na zmiany, które są potrzebne i które tak naprawdę teraz dopiero kształtują moją prawdziwą osobowość.

Myślę, że teraz właśnie przyszedł czas na największa, najbardziej radykalną zmianę w moim światopoglądzie i stylu życia. Natrafiłam ostatnio na kilka artykułów, które wstrząsnęły moim światopoglądem. Tak mi się zdawało. Po przemyśleniu jednak uświadomiłam sobie, że wnioski, do których doszłam wynikają bezpośrednio z innych moich poglądów. Przede wszystkim jest to negacja antropocentryzmu. Uważam i gdzieś w głębi zawsze uważałam, że człowiek nie jest najważniejszy we wszechświecie, że nie jest i wręcz nie może być jego panem. Jest równie ważny jak zwierzęta i cała przyroda, jest zaledwie częścią większej całości. Tak, to pogański światopogląd, lecz był mi bliski już zanim w ogóle dowiedziałam się o czymś takim jak neopogaństwo. Jakoś pod koniec szkoły podstawowej zapragnęłam zostać wegetarianką. Brzydziło mnie mięso, niejednokrotnie płakałam nad talerzem i mówiłam, że nie jadam przyjaciół. Rodzice jednak, bardziej groźbą niż prośbą, dopilnowali, aby przestrzegała "prawidłowej" diety. Z czasem odpuściłam, przyzwyczaiłam się, zapomniałam i w końcu nawet polubiłam część mięsnych potraw, których - przyznaję - będzie mi trochę szkoda. Mam nadzieję, że tylko przez jakiś czas. Teraz na nowo otworzyły mi się oczy i na szczęście nie jestem już podatną na manipulację nastolatką. Wybieram wegetarianizm. Wiem, że nie mogę jeszcze powiedzieć o sobie, że "jestem wegetarianką", jednak wolę to niż powiedzieć, że nią zostanę w od jutra, które zawsze można przesunąć na kolejne "jutro". Powody? Etyczne, ideologiczne, ekologiczne, ekonomiczne, zdrowotne. Będę o tym pisać od czasu do czasu, żeby ci, którzy czytają tego bloga, mogli zrozumieć mój światopogląd, moje decyzje i ich motywy. Kiedy jest zrozumienie, pojawia się akceptacja i nie ma krytyki. A do zrozumienia wystarczy czasem tylko trochę wiedzy.

A zatem od dziś nie jem mięsa. Będzie trudno, nie tyle ze względu na moją silną wolę, co na ludzi, którzy na co dzień mnie otaczają. Ale jestem dorosła i najwyższy czas brać odpowiedzialność, także etyczną, za swoje życie. Mogę żyć na przekór innym, ale muszę w zgodzie z własnym sumieniem. Trzymajcie kciuki :)

środa, 31 sierpnia 2011

Ostatnio dużo się dzieje :) Udało mi się wreszcie, po pewnych komplikacjach, załatwić swoje praktyki w świetlicy środowiskowej. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, kiedy tak szybko przeleciał ten czas. To było niesamowite doświadczenie, a dzieciaki w chorzowskiej "Chatce" nr 5 są naprawdę świetne - pomimo wszystko, bo wiadomo, że do takich świetlic uczęszczają często dzieci trudne i z problemami. Zamierzam podpisać tam umowę wolontariacką i długo jeszcze współpracować ze świetlicą, sympatycznymi wychowawczyniami i tymi fajnymi dzieciakami :)

W sierpniu wreszcie doczekaliśmy się upałów, które zawiodły w lipcu. Udało się spędzić fajnie trochę czasu na świeżym powietrzu i palącym słońcu, a nawet zorganizować mały wypad nad jeziorko z Dominikiem, jego młodszym bratem i młodszą siostrą oraz moją siostrą. Wybraliśmy się też z moim rodzeństwem do kina na "Smerfy" - naprawdę świetny film - a w najbliższą sobotę jedziemy na imprezę urodzinową z ogniskiem do koleżanki Dominika ze studiów.

Wreszcie też skończył się niepokojący przestój w agencji promocji, dla której pracuję. Mam teraz dużo pracy i to nie jako jakaś tam hostessa od degustacji, tylko jako dermokonsultantka L'Oreal w drogerii SuperPharm - łącznie 9 dni pracy, a w najbliższych planach także promocje w Rossmanach. Będzie więc we wrześniu przypływ funduszy, a w październiku jeszcze większy. A jeśli sprzedam określoną ilość produktów w nagrodę mogę dostać również perfumy od Armaniego - na które mam wielką ochotę :) Cudownie, wreszcie coś się dzieje :) Choć muszę przyznać, że tęsknie już za studiami.

Dziś mamy Światowy Dzień Bloga. Z tej okazji (no, powiedzmy :P) mój laptop przeszedł wczoraj zabiegi SPA i po formatowaniu dysku wreszcie śmiga jak należy, bez zacinania się i zawieszania. Wreszcie mogę teraz zainstalować sobie Sims 3, żeby w tych skrawkach czasu wolnego od Dominika, pracy, czytania, tworzenia biżuterii i oglądania "Plotkary" budować domy i tworzyć swoje ludziki :)

A tymczasem wszystkim blogującym, piszącym, czytającym i komentującym życzę Wszystkiego Najlepszego z okazji Światowego Dnia Bloga!!! :)

wtorek, 30 sierpnia 2011

duch z przeszłości      Autor - Joanne Harris

Tytuł - "Duch z przeszłości"

Tytuł oryginału - "Holy Fools"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2003.

Tłumaczenie - Bogumiła Nawrot

Ilość stron - 351

Opis z okładki:

Akcja powieści toczy się w siedemnastowiecznej Francji, w czasach procesów czarownic i niepokojów religijnych. Okoliczności zmuszają Juliette, aktorkę i tancerkę, do szukania schronienia w klasztorze Sainte Marie-de-la-Mer. Jako siostra Augusta próbuje od nowa ułożyć życie sobie i swojej małej córeczce, Fleur, pod okiem życzliwej ksieni. Ale czasy się zmieniają; zabójstwo króla Henryka IV doprowadza do wrzenia społecznego we Francji, które nie omija nawet tej małej społeczności w odległym zakątku kraju. Po śmierci dotychczasowej ksieni pojawia się nowa przełożona i spokojne życie Juliette zaczyna się komplikować. Zwłaszcza, że nowa ksieni sprowadza ze sobą ducha z przeszłości Juliette, LeMerle’a, człowieka, którego Juliette ma wszelkie powody nienawidzić i się bać. Kiedy za jego sprawą wychodzą na jaw skrzętnie skrywane tajemnice, Juliette i LeMerle rozpoczynają niebezpieczną grę, próbując przechytrzyć się nawzajem. Zwycięzca może być tylko jeden...

*  *  *

Całkiem niedawno Krucza (jej blog znajdziecie w linkach) - której w tym miejscu, podobnie jak Nathairze, bardzo dziękuję za odwiedzanie i komentowanie mojego bloga i przepraszam, że słabo się w tej materii odwdzięczam oraz obiecuję poprawę ;) - napisała w komentarzu do mojej recenzji "Nasienia zła", że książki Joanne Harris "Czekolada" i "Rubinowe czółenka" są bardzo pogańskie w wyrazie. Co do "Czekolady" jak najbardziej się z tym stwierdzeniem zgadzam. "Rubinowych czółenek" nie miałam jeszcze okazji przeczytać, jednak przypuszczam, że skoro są one kontynuacją to muszą zachowywać ducha pierwszej części. Przyznam szczerze, że zastanawiam się czy sama Joanne Harris nie ma jakiś pogańskich zainteresowań, powiązań, tudzież szerszych związków z tego typu wierzeniami... W recenzjowanym niedawno "Nasieniu zła" między wierszami pojawiają się odniesienia do książek czytanych przez bohatera - "Złotej gałęzi" Frazera czy traktatów o magii Aleistera Crowleya. Co się zaś tyczy "Ducha z przeszłości"...

"Duch z przeszłości" to powieść osadzona w realiach siedemnastowiecznej Francji. Jej główną bohaterką jest Juliette, była aktorka, tancerka i akrobatka; poganka, którą los rzucił do klasztoru Sante Marie-de-la-Mer. Juliette schroniła się tam, pod życzliwym okiem ksieni Marii, gdy spodziewała się dziecka. Prowadziła burzliwe, pełne przygód i romansów życie, miewała wielu kochanków, nie wie więc, kto jest ojcem jej córeczki. Mija pięć lat - pięć lat spokoju i udawania kogoś, kim nie jest: bogatej wdowy, chrześcijanki, siostry Augusty. I wówczas niemalże w tym samym czasie zostaje zamordowany król Henryk IV i umiera  matka Maria, przełożona klasztoru. Zamęt, który zapanował zarówno w kraju, jak i w maleńkim klasztorze na niewielkiej wyspie, wykorzystał przebiegły Guy LeMerle, mężczyzna, którego niegdyś wiele łączyło z Juliette. Kto wie czy to nie on jest ojcem pięcioletniej Fleur? LeMerle, utalentowany aktor, postanawia uczynić scenerię żeńskiego klasztoru sceną, na której odegra największe przedstawienie swojego życia. Podszywając się pod księdza, przyprowadza nową przełożoną, którą, ku zaskoczeniu i zniesmaczeniu sióstr, ma zostać zaledwie dwunastoletnia dziewczynka. W klasztorze zaczynają dziać się dziwne rzeczy, wśród zakonnic szerzy się wrogość i strach, nikt nikomu nie może ufać, każda jest podejrzana o konszachty z diabłem, a sama ksieni uznaje wszystko za dzieło Szatana. Tymczasem LeMerle niezauważenie pociąga za sznurki... I pojawia się natrętne pytanie o co w tym wszystkim chodzi. Juliette udaje się znaleźć odpowiedź i okazuje się ona naprawdę zaskakująca.

Dla tych, których nie zaintrygowała fabuła powieści Joanne Harris, przytoczę kilka powodów, dla których książka ta jest wyjątkowa. Przede wszystkim "Duch z przeszłości" jest barwnym i realistycznym obrazem epoki renesansu, obrazuje ówczesne społeczeństwo, wraz z jego zabobonami i lękami. Książka doskonale ukazuje rozwój teatru renesansowego, a także życie codzienne w żeńskim klasztorze z tamtych czasów. Przywołuje nazwiska autentycznych postaci żyjących w siedemnastym wieku, jak na przykład Giordano Bruno - filozof i okultysta, spalony na stosie za herezję - wraz z jego filozofią, nawiązującą do poglądów Arystotelesa, teorii Kopernika i panteizmu. Joanne Harris zawarła również w swojej książce bogatą symbolikę, sięgającą od Biblii aż do kart tarota, przywołała wiele łacińskich sentencji i cytatów z Pisma Świętego. Ukazała również bardzo ciekawe zjawisko, o którym sama czytałam niedawno w "Trzech kolorach Bogini", a mianowicie przekształcanie dawnych bogów w chrześcijańskich świętych. Patronka klasztoru, owa Marie-de-la-Mer to figura Wielkiej Bogini w jej czarnym aspekcie staruchy, dla potrzeb zakonnych uznana za niezwykle starą figurę Matki Bożej. "Duch z przeszłości" to także bogate studium nad zawiłościami ludzkiej psychiki. Mechanika zemsty, cienka linia między miłością a nienawiścią i burzliwe namiętności to elementy obecne na każdej stronie powieści. Pokazuje ona również moc wiary, zarówno w Boga, szatana, jak i we własne poglądy oraz siłę manipulacji religijnej, na którą ludzie wszystkich czasów byli i są niezwykle podatni i która może być wyjątkowo niebezpieczna.

Cóż mogę dodać? Wielu osobom mogłabym polecić tę książkę, gdyż jej treść jest naprawdę bogata. Jeśli interesują Was wątki historyczne, okultystyczne, filozoficzne, religijne, psychologiczne, a nawet miłosne - nie wahajcie się sięgnąć po "Ducha z przeszłości". Ja sama natomiast z przyjemnością sięgnę po raz kolejny po twórczość Joanne Harris.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
Charytatywnie
Ekologicznie
Literackie
Odwiedzane blogi
Pogaństwo i magia
Sklepy internetowe - rękodzieło
Tu kupisz moje prace
Wegetariańskie
Wszystkie teksty, zdjęcia, a także projekty są wyłączną własnością autorki tego bloga. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie ich bez zgody autorki jest zabronione. (Dz. U. z 2000 r. Nr 80, poz. 904)