czwartek, 12 kwietnia 2012
26 marca u Cezara, mojego golden retrivera, niezastąpionego przyjaciela od ponad 8 lat weterynarz wykrył guza w jamie brzusznej. Cezarek z każdym dniem coraz gorzej chodził, nie wychodził po schodach, czasem nawet wcale nie potrafił się podnieść. Praktycznie nie jadł, a wciąż miał biegunki, bardzo schudł. Zachowywał się też zupełnie inaczej, wciąż tylko spał, nie chciał natomiast zostawać sam. Któregoś dnia po spacerze zamiast do domu skierował się w przeciwną stronę, próbował odejść, jakby przeczuwał nadchodzący koniec. Ostatniego dnia był już tak słaby, że nie utrzymywał się nawet w pozycji siedzącej. Sikał krwią. Jego stan pogorszył się tak szybko, że nie zauważyliśmy, kiedy zaczęło byś aż tak źle. Do ostatniej chwili łudziliśmy się, że to "tylko" jakieś zapalenie stawów, albo w gorszym wypadku dysplazja stawu biodrowego. Był to najprawdopodobniej rak, w dodatku połączony z anemią, która nie dawała szans na wykonanie operacji bez transfuzji krwi. Której Cezar mógł nie przeżyć, podobnie jak zabiegu. Konieczne byłoby wycięcie całej śledziony, po samej operacji przez ok. 10 dni istniało ryzyko nagłej śmierci z powodu zatoru krwi, a i to nie dawało gwarancji, że nie będzie przerzutów. Prawdopodobnie były, bo Cezar miał dziwnego guzka na lewym uchu. Bez tych wszystkich zabiegów, które koniecznie musiały być wykonane natychmiast i kosztowałyby mnóstwo pieniędzy, weterynarz dawał mojemu psu jakieś 48 godzin życia. Wizyta w klinice weterynaryjnej, mimo że zajmowali się naszym psem i nami wspaniali lekarze, była koszmarem. Wciąż pamiętam każdą minutę i pewnie zapamiętam do końca życia. Tak jak i smutny, niemalże błagalny wzrok Cezara. Wierzę, że podjęliśmy słuszną decyzję, że to było dla niego lepsze od dalszego cierpienia, a dla nas lepsze od traumy, jakiej byśmy doznali, gdyby umarł nam w domu; że sam tak naprawdę już tego chciał. Jednak to była najtrudniejsza decyzja w życiu. Ból po stracie wiernego, kochającego przyjaciela jest nie do opisania. Hektolitry wylanych łez, nieprzespana noc i wciąż jego obraz przed oczami... Wierzę, że jest teraz w psim niebie. Albo na pięknych zielonych łąkach, wspólnych dla wszystkich. Bo WSZYSTKIE PSY IDĄ DO NIEBA i choć to zaledwie tytuł bajki, którą oglądałam w dzieciństwie, głęboko wierzę, że tak właśnie jest. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że psy mają duszę - zresztą nie tylko psy, ale wszystkie zwierzęta - i że Cezar jest teraz szczęśliwy w krainie wiecznych łowów. I mam też nadzieję, że przez te 8 lat był szczęśliwy z nami. Jednak uważam, że strata jednego przyjaciela, nawet najdroższego, nie może oznaczać wiecznego życia bez przyjaciół. Ani ja, ani moje rodzeństwo nie wyobrażamy sobie życia bez psa. Dlatego też od wczoraj zamieszkał z nami szczeniak :) Jest pięknym czekoladowym labradorkiem, co prawda bez rodowodu, ale po rasowych, czekoladowych rodzicach. Ma 7 tygodni i jest taką uroczą kluseczką. Na zmianę śpi, próbuje wszystko gryźć i sika, jak to szczeniak :P Ale jest pojętny i szybko się uczy. Oczywiście nikt nie zastąpi Cezara i pustka po nim w sercu zostanie już na zawsze. Ale obok miejsca Cezarka pojawiło się w moim sercu miejsce dla nowego czwornożnego przyjaciela. Zatem poznajcie Jaskra - czyż nie jest piękny? :)
czwartek, 22 marca 2012
Nasza piękna planeta w 4/5 składa się z wody. Niestety tylko 3% z niej nadaje się do spożycia. A przecież zużywamy wodę nie tylko w tym celu. Każdego dnia wraz z wydychanym powietrzem tracimy od 400 do 500 ml wody, a w trakcie upałów nawet więcej. Podczas kąpieli w wannie zużywamy 200 litrów wody. Pod prysznicem 60 litrów. Zmywając naczynia pod bieżącą wodą zużywamy 5o litrów wody. Tyle samo zużywamy każdego dnia spuszczając wodę w toalecie. Samo mycie zębów pod bieżącą wodą to zużycie 15 litrów wody. Statystyczny Polak każdego dnia zużywa średnio 145 litrów wody. Tymczasem prawie 900 milionów ludzi na świecie nie ma dostępu do czystej wody pitnej. W krajach rozwijających się, takich jak np. Ghana czy Boliwia każdego dnia z powodu zatruć wodą niezdatną do spożycia umiera ok. 4 tys. dzieci poniżej 5 roku życia, co oznacza, że statystycznie co 20 sekund umiera jedno dziecko. Przerażające? Na konferencji Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 roku z inicjatywny Zgromadzenia Ogólnego ONZ dzień 22 marca został ustanowiony Światowym Dniem Wody. To właśnie dzisiaj.
Z tej okazji marka Giorgio Armani wraz z organizacją Green Cros International już po raz drugi prowadzi akcją Acqua for Life. Poprzez zakup flakonu perfum od Aramniego Acqua di Gioia lub Acqua di Gio przekazujemy 100 litrów wody pitnej dla Ghany i Boliwii. Obecnie pracują właśnie na akcji promocyjnej promującej tę akcję, szczerze mówiąc prywatnie jednak nie namawiam Was do zakupu tych perfum - Armani to ten "zły" koncern L'Oreal testujący na bezbronnych zwierzętach. Osobiście uważam, że nie można ratować jednych kosztem drugich, nawet zwierząt, rozumiem jednak, że ktoś może nasz ludzki gatunek stawiać wyżej. Jednak można pomóc też inaczej :) Wystarczy "polubić" na Facebooku profil akcji Acqua for Life - jedno kliknięcie przekazuje dla Ghany i Boliwii 50 litrów wody pitnej. Dla nas woda jest czymś normalnym, lecz dla niektórych - to kwestia przeżycia. A musimy pamiętać, że dostęp do wody to nie przywilej, lecz prawo każdego człowieka, uznane oficjalnie 28 czerwca 2010 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Dlatego gorąco zachęcam do wspierania Światowego Dnia Wody. A może słyszeliście o jeszcze jakiś inicjatywach z tej okazji?
poniedziałek, 19 marca 2012
Dziś mija pół roku odkąd nie jem mięsa. Pół roku mojego wegetarianizmu, pół roku od jednej z najlepszych decyzji w moim życiu (bo tą naj naj jest oczywiście związek z Dominikiem ;) ). Mogę powiedzieć - już pół roku, ale też - dopiero. Rzecz jasna nie obyło się bez drobnych potknięć - a to żelatyna wieprzowa w kremie do tortu, a to podpuszczka zwierzęca w serze, to znów napój barwiony koszenilą. Wciąż się uczę, razem z siostrą się uczymy, ponieważ ona kilka dni później poszła w moje ślady. I swoje otoczenie uczę - co jem, czego nie jem i że absolutnie zawsze trzeba czytać skład ;) Początki były trudne. Mieszkam z mamą o bardzo zamkniętym poglądzie na świat, czysto ekonomicznym podejściu do życia i bardzo anty-nastawieniu na każdą inność. Nasz wegetarianizm był dla niej wielkim problemem, wydziwianiem, jawnym brakiem szacunku i wszystkim, czym tylko się da :P Na szczęście z czasem przystopowała, widząc chyba, że jej argumenty o jedzeniu mięsa od mitycznego "zawsze" nie robią na nas żadnego wrażenia. Tak więc co-nieco nauczyłam się wreszcie gotować - i śmiem twierdzić, że całkiem nieźle mi to wychodzi :) Zakochałam się w warzywach, z którymi wcześniej niemalże nie miała do czynienia - cukinia, dynia, szpinak, brukselka (tak, ta znienawidzona brukselka), soczewica, ciecierzyca. Często słyszę, jak ludzie mówią "Tak naprawdę nigdy nie wiemy co dodają to tego, co jemy. Co zrobić..." i dziwię się, że kiedyś mogłam równie biernie się temu poddawać. Teraz wiem co jem i czuję się z tym szczęśliwsza. Poza tym mam wrażenie, że zmieniło się we mnie coś więcej niż tylko sposób odżywiania. Wydaje mi się, że trochę inaczej, bardziej świadomie i otwarcie patrzę na życie i świat. Czuję, że w stylu życia, który wybrałam odnalazłam wreszcie prawdziwą siebie i już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy z Dominikiem mieszkać "na swoim" i kiedy będę mogła żyć w pełni według własnych zasad :) Krążąc przy tematach "okołowegetariańskich" chciałam napisać o dwóch filmach, które uważam za warte obejrzenia. Pierwszy z nich to niezależny i niekomercyjny polski film dokumentalny, którego sama jeszcze nie miałam okazji obejrzeć. Widziałam jednak trailer, a sam film zamierzam obejrzeć w najbliższych dniach. Zapowiada się ciekawie - pro-wegetariańsko, nonkonformistycznie i anty-globalistycznie :) Film nosi tytuł "To tylko zwierzęta"i prezentowany był na darmowych pokazach począwszy od 8 marca w kilkunastu miastach Polski. Miałam blisko na pokazy do Chorzowa i Katowic, niestety - przegapiłam. Jeśli jednak ktoś mieszka w Szczecinie, 27 marca odbędzie się tam jeszcze jeden pokaz. Dla wszystkich pozostałych (z czego skorzystałam i ja) film jest do darmowego (legalnego) pobrania ze strony internetowej www.totylkozwierzeta.pl Myślę, że po obejrzeniu skrobnę przynajmniej krótką recenzję :) A i Was zachęcam do obejrzenia.
środa, 29 lutego 2012
Tytuł - "Zimowy monarcha" Tytuł oryginału - "The Winter King" Wydanie polskie - Instytut Wydawniczy ERICA, Warszawa 2010. Tłumaczenie - Jerzy Żebrowski. Ilość stron - 554. Opis z okładki: „A teraz brońcie się sami” – tak odpowiedział rzymski cesarz delegatom Brytów, którzy przybyli błagać go o pomoc w walce z najazdem Sasów, Jutów i Fryzów. * * * Zapragnęłam tej książki odkąd ją po raz pierwszy zobaczyłam w Empiku. To przecież moja bajka - legendy o królu Arturze, mieczu z kamienia, Excaliburze podarowanym przez Panią Jeziora, Lancelocie i Ginewrze, Merlinie, Morganie, mitycznym Avalonie, poszukiwaniu świętego Graala, rycerzach Okrągłego Stołu... Okazało się jednak, że niekoniecznie. "Zimowy monarcha", pierwszy tom trylogii Bernarda Cornwella, to powieść historyczna. Wydaje mi się co prawda, że nie łatwo mówić o jakiejkolwiek prawdzie historycznej, gdy w grę wchodzą legendy i podania ludowe, autor jednak za punkt honoru postawił sobie dotarcie do tejże prawdy. Narratorem, dzięki któremu poznajemy całą historię jest Derfel, jeden z rycerzy Artura, były podopieczny Merlina. Derfel jest wojownikiem co nadaje jego opowieści bardzo specyficzny, powiedziałabym nawet - batalistyczny - charakter. Dla mnie osobiście, która legendy Arturiańskie znałam głównie w wersji Marion Zimmer-Bradley, w powieści Cornwella za dużo jest wojny, za mało natomiast - magii. Autor tłumaczy swoje zabiegi literackie tym, iż próbuje oczyścić tę historię z wszelkich nieprawdopodobnych naleciałości, uczynić ją bardziej wiarygodną. Oczywiście nie jest to stuprocentowo możliwe, gdyż należałoby wówczas usunąć z kart powieści postaci takie jak Lancelot, Nimue, Morgana czy nawet Merlin. Jednak zgodnie z zamysłem autora, opowieść znacznie różni się od znanej mi dotychczas. Nie chciałabym zdradzać wszystkich niuansów, ponieważ w żadnym wypadku nie chcę nikogo zniechęcić do tej książki. Chciałabym jednak podzielić się z Wami moimi największymi zaskoczeniami... Tytułowy "Zimowy monarcha" to wcale nie Artur. Jego zamek nie nazywa się Camelot i nie ma w nim pewnego znamienitego mebla, którego w tym okresie historycznym rzekomo jeszcze być nie mogło... Cóż, pozostawiam te, jak i inne rozbieżności, Waszej ocenie. Mimo wszystko uważam, że "Zimowy monarcha" to bardzo dobra powieść historyczna, pod warunkiem, że tak właśnie się do niej podchodzi - jako do realistycznej powieści historycznej. Nie fantastyki. Trochę dłużyło mi się jej czytanie, ponieważ odbierałam ją jako raczej przeznaczoną dla męskiego grona czytelników, niemniej jednak osoby lubujące się w opisach średniowiecznych bitew powinny być usatysfakcjonowane. No i wreszcie przyznam, że ciekawa jestem dalszego rozwoju zdarzeń i tego, jakie ich wersje autor nam przedstawi. Dlatego też niebawem mam zamiar sięgnąć po drugi tom, "Nieprzyjaciel Boga", który dostałam od braci na Gwiazdkę oraz kupić sobie tom trzeci, "Excalibur". Mam wielką nadzieję, że autor jeszcze mnie zaskoczy i odejdzie choć trochę od autentyczności i realizmu, na korzyść pięknych, magicznych wersji legendy :)
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Tytuł - "I wciąż ją kocham" Tytuł oryginału - "Dear John" Wydanie polskie - Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2008. Tłumaczenie - Elżbieta Zychowicz Ilość stron - 351. Opis z okładki: John Tyree dokonuje wyboru - nie widząc szans na zdobycie wyższego wykształcenia, po ukończeniu szkoły średniej zaciąga się do armii. Przechodzi szkołę prawdziwego, męskiego życia, nabiera pewności siebie, której dotąd mu brakowało. W czasie przepustki spotyka Savannah - dziewczynę swoich marzeń. Młodszą o dwa lata studentkę pedagogiki, wolontariuszkę, która z grupą przyjaciół, w ramach akcji dobroczynnej, buduje domy dla ubogich. Na przekór wszelkim okolicznościom, pomiędzy dwojgiem rozkwita miłość. Savannah przyrzeka czekać na ukochanego, dopóki nie minie okres jego służby. On zaś uświadamia sobie że pragnie z nią założyć rodzinę. Wydarzenia z jedenastego września wstrząsają chłopakiem, który z poczucia obowiązku przedłuża pobyt w wojsku. Niestety, ich związek nie wytrzymuje długiego rozstania - w pożegnalnym liście dziewczyna informuje go, że zakochała się w kimś innym. Czas nie leczy ran - kiedy po kilku latach John wraca do domu, marzy tylko o jednym - jeszcze raz trzymać Savannah w swoich objęciach...
Pomimo, że tak naprawdę nie są niczym innym, jak zwykłymi romansami, uwielbiam książki Nicholasa Sparksa oraz filmy nakręcone na ich podstawie. Z pewnością większość z Was kojarzy "List w butelce", "Pamiętnik", a już w szczególności cudowną "Szkołę uczuć" (na podstawie książki pt. "Jesienna miłość") - film, na którym płaczę, ilekroć go oglądam. "I wciąż ją kocham" to kolejna zekranizowana powieść Nicholasa Sparksa. Film obejrzałam już dosyć dawno temu. Płakałam, a jakże! A jest taka "zasada", że kiedy ja na jakimś filmie płaczę to znaczy, że na pewno jest on dobry. Romantyczny, wzruszający, smutny - w każdym razie bardzo emocjonalny. Jakkolwiek to zabrzmi głupio, lubię płakać na filmach. Przepis na moje łzy jest prosty: empatia + wyobraźnia + uczucie. Postawić się w sytuacji bohaterów, wyobrazić sobie, że to mnie mogłoby spotkać to, co ich i poczuć te wszystkie uczucia, które temu towarzyszą. I po obejrzeniu takiego filmu mieć poczucie, że doświadczyłam katharsis i ucieszyć się z tego, co mam. Kiedy właśnie ów film dostarczył mi takich uczuć, wiedziałam już, że muszę sięgnąć po książkowy pierwowzór. Długo czekałam na zarezerwowana książkę w Bibliotece Śląskiej, kiedy jednak w końcu ją dostałam tak mnie pochłonęła, że ja pochłonęłam ją w kilka dni ;) "I wciąż ją kocham" to opowieść o miłości. Miłości pomimo wszystko - pomimo dzielącej odległości, nieubłaganie upływającego czasu i tego, że ona pokochała kogoś innego. John i Savannah poznali się latem na plaży. On był wówczas żołnierzem na przepustce. Ona wraz z przyjaciółmi w ramach akcji charytatywnej budowała domy dla ubogich. Zdawało się, że jest między nimi tak niewiele podobieństw, a tak wiele różnic... A jednak wybuchła miłość. Chciałoby się powiedzieć - gorąca. Jednak nie do końca tak było. Choć Savannah wzbudzała w Johnie pożądanie, ona sama była osobą zbyt religijną i skromną, aby zdecydować się na bliskość fizyczną. I - choć mi samej trudno uwierzyć w realność istnienia takiego związku - ich miłość w swej czystości i niewinności była piękna. Oczywiście, to był początek. Później sielankę zweryfikowała szara rzeczywistość. Savannah wróciła na studia, John zaś do Niemiec, gdzie stacjonował jego oddział. Pisali listy, maile, rozmawiali przez telefon. W każdy pierwszy dzień pełni patrzyli w księżyc, każde w swoim zakątku świata, by choć w ten sposób poczuć, że są razem. Spotkali się po roku, lecz nie było już tak różowo jak na początku. Potem znów musieli się rozstać na kolejne długie miesiące. Wtedy nadszedł 11 września 2001 roku. Wstrząśnięty wydarzeniami John, czując patriotyczny obowiązek, przedłużył swój pobyt w wojsku, mimo że od powrotu na stałe do ukochanej dzieliło go już tak niewiele. To oczywiste, że Savannah zrozumiała jego pobudki i poparła jego decyzję. Była z niego dumna. A jednak ta właśnie decyzja sprawiła, że miłość nie przetrwała - dziewczyna zakochała się w kimś innym. Zdradziła - można by pomyśleć i od razu ją potępić. Okazuje się jednak, że i ona miała swoje motywy, które nie sposób jednoznacznie ocenić. Gdy kochankowie spotykają się po latach, mimo że Savannah jest żoną kogoś innego, John nie ma wątpliwości co do swoich uczuć - wciąż ją kocha. Cóż to jednak znaczy kochać kogoś naprawdę? To właśnie pytanie zdaje sobie główny bohater. "Prawdziwa miłość oznacza, że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz." Dla bohatera powieści Sparksa prawdziwie kochać oznacza właśnie pozwolić tej ukochanej osobie być szczęśliwej na jej własnych warunkach, nawet jeśli jemu samemu sprawia to ból. Nawet jeśli oznacza to nigdy więcej jej nie zobaczyć. "I wciąż ją kocham" to jednak nie tylko "love story". To także piękne i głębokie studium przemiany wewnętrznej głównego bohatera i dojrzewania relacji ojca z synem. Ojciec Johna był dość nieszablonowy. Cichy, małomówny, powściągliwy w okazywaniu uczuć, żyjący zawsze według ściśle określonego schematu, bez reszty pochłonięty numizmatyką, zatopiony w swoim małym wewnętrznym świecie. Jako młody chłopak John niejednokrotnie reagował złością na inność swojego ojca, przepełniały go tłumione pretensje. Dopiero Savannah uświadomiła mu, że jego ojciec cierpi być może na zespół Aspergera - lekka odmianę autyzmu. To odkrycie, choć początkowo budzi w głównym bohaterze sprzeciw, pozwala mu zupełnie inaczej spojrzeć na własnego ojca, jego życie i postępowanie, a także zupełnie od nowa zbudować z nim piękną, głęboką relację. Naprawdę gorąco zachęcam, aby sięgnąć po "I wciąż ją kocham", czy to w wersji książkowej czy filmowej. A najlepiej w obydwu :) Fani twórczości i ekranizacji Nicholasa Sparksa z pewnością nie będą zawiedzeni. Tych natomiast, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z żadną z powieści tego pana, zachęcam, aby przeczytali także inne jego książki. Sama nie przeczytałam jeszcze wszystkich, każda natomiast, którą miałam w rękach dostarczyła mi nie tylko przyjemności czytania i romantycznych wzruszeń, ale także głębokiej refleksji nad wartością miłości i życia.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Tytuł - "Tajemnice Słowian" Wydanie - Studio Astropsychologii, Białystok 2006. Ilość stron - 242. Opis z okładki: Książka ukazuje tajemnice Słowian i ich miejsc mocy. Autor przedstawia tajemniczą wiedzę i osiągnięcia Słowian, szczególnie zamieszkujących terytorium Polski. Ukazuje ich fascynujący świat, zwyczaje, obrzędy i rytuały. Prezentuje tez możliwości praktycznego wykorzystania w codziennym życiu spuścizny Słowian, wypływającej z ich znajomości przyrody i jej mocy leczniczych. Książka jest też przewodnikiem po słowiańskich miejscach kultu. * * * Jestem z siebie dumna, bo to pierwsza tego typu - czyli popularnonaukowa - książka, którą przeczytałam całą, od deski do deski. Na początku trochę źle się do niej zabrałam, bo założyłam, że wiedzę trzeba sobie dawkować w niewielkich, łatwo przyswajalnych ilościach. "Tajemnice Słowian" wypożyczyłam w czerwcu, przeczytałam wstęp i pierwszy rozdział pt. "Skąd wzięli się Słowianie i ich mowa", odłożyłam i zajęłam się tym, co lubię zdecydowanie bardziej, czyli czytaniem powieści. Dopiero jesienią przypomniałam sobie, że książka Leszka Mateli wciąż leży na mojej półce. Przeczytałam rozdziały o słowiańskim modelu świata, bogach, boginiach, demonach i duszkach. I tu muszę przyznać, że dawkowanie wiedzy byłoby jak najbardziej wskazane, gdyż... nie zapamiętałam wszystkich. W tym momencie znowu więc książkę odłożyłam, aby czytać powieści. I pracować, bo niestety przez całą jesień, a także w grudniu miałam bardzo mało czasu na czytanie. Do lektury "Tajemnic Słowian" wróciłam w czasie świąt i tym razem już dałam się wciągnąć w ten pasjonujący świat. Książka jest naprawdę ciekawa, napisana bardzo przystępnym językiem, a przy tym bardzo rzetelna, bo autor opiera się zarówno na źródłach piśmienniczych (kroniki), wykopaliskach archeologicznych, literaturze, legendach, a także badaniach z dziedziny geomancji i radiestezji. Oprócz wyczerpującej genezy plemion słowiańskich i opisu ich wierzeń, w książce z znajdziemy także wiele interesujących informacji - historia i analiza posągu "Światowida" z rzeki Zbrucz, Księgi Welesa, przegląd słowiańskiego kalendarze, świąt, obrzędów. Znaczna część poświęcona jest związkom Słowian z przyrodą. Autor opisuje ich święte drzewa, ich symbolikę i oddziaływanie. Prowadzi nas przez życie codzienne dawnych Słowian, wraz z przeglądem ich kuchni - tutaj sympatyczną ciekawostką są przepisy na chleb na zakwasie, zupę piwną oraz kwas chlebowy do picia. Z książki dowiemy się w jakich domach mieszkali Słowianie, jakie nosili stroje, ozdoby, amulety, z czego wróżyli... Najciekawsza moim zdaniem część książki Leszka Mateli traktuje o słowiańskich miejsca mocy. Zdziwiło mnie takie określenie. Dlaczego miejsca mocy, a nie miejsca kultu? Autor tłumaczy więc co to są miejsca mocy, a także w jaki sposób się je lokalizuje i bada, np. przy użyciu różdżki radiestetycznej. Zawsze wydawało mi się, że takie sprawy można włożyć między bajki. Leszek Matela jednak, pisząc o takich rzeczach jak promieniowanie mierzone w jednostkach Bovisa, przekonał mnie, że niekoniecznie. "Tajemnice Słowian" prowadzą nas więc przez słowiańskie miejsca mocy, od najbardziej znanych jak Łysiec (Łysa Góra, dziś Święty Krzyż) czy Ślęża, po o wiele mniej oczywiste, zarówno w Polsce jak i poza jej granicami. Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę książkę, ponieważ - choćbyśmy byli nie wiadomo jak bardzo pobożnymi chrześcijanami - mowa jest o naszych przodkach, a: "Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest, swoje - obowiązek." [Zygmunt Gloger] Ponadto książka jest bogato ilustrowana, nie tylko zdjęciami czarno-białymi, ale i kolorowymi, co jest jej ogromną zaletą. Ukazuje także, że echa wielu dawnych słowiańskich zwyczajów przetrwały do dziś. Po przeczytaniu "Tajemnic Słowian" postawiłam sobie za cel wyprawę na Ślężę i Święty Krzyż, nie tylko po to, aby zobaczyć, ale też, aby poczuć energię tych miejsc. Pamiętam, jak zawsze śmiałam się, że piątek trzynastego to nie żaden pechowy dzień, tylko czas sabatu czarownic na Łysej Górze. W tym roku wypadają aż trzy piątki trzynastego - teraz w styczniu, potem w kwietniu i lipcu. Może w któryś z nich sporządzę maść na latanie (na którą Leszek Matela również podaje "przepis"), wsiądę na miotłę i polecę na Łysą Górę tańczyć przy świetle księżyca? ;) Ktoś leci ze mną? ;)
piątek, 30 grudnia 2011
Tytuł - "Wybrańcy" Tytuł oryginału - "Graceling" Wydanie polskie - Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2011 Tłumaczenie - Krystyna Chodowska Ilość stron - 496. Opis z okładki: W Estillu, podobnie jak w pozostałych królestwach, prawo wymuszało przekazywanie Obdarzeńców pod opiekę władcy. Dziecko, którego oczy przybrały dwa różne kolory – kilka tygodni, miesięcy, a najpóźniej kilka lat po narodzinach – wysyłano na dwór, gdzie wychowywały je opiekunki. Jeśli Dar okazywał się użyteczny, król przyjmował dziecko na służbę. Jeśli nie, odsyłano je do domu. * * * Katsa, główna bohaterka powieści Kristin Cashore jest Obdarzona. Znaczy to ni mniej ni więcej, tylko tyle, że ma Dar, pewną niezwykłą cechę, której nie posiada nikt inny poza nią samą. Znakiem rozpoznawczym Katsy - jak wszystkich Obdarzeńców - są oczy w dwóch różnych kolorach. Jedno zielone jak trawa, drugie błękitne jak niebo. Katsa ma Dar walki. A przynajmniej tak jej przez całe życie wmawiano i tak jej się samej wydawało. Dar Katsy jest błogosławieństwem dla Randy, króla Estillu i jej wuja, któremu dziewczyna musi być całkowicie posłuszna. Młoda podopieczna jest jego tajną bronią, jego narzędziem wymiaru sprawiedliwości, maszynką do odcinania palców, łamania kończyn, skręcania karków i wzbudzania powszechnego strachu w królestwie. Katsa jest jednak człowiekiem, normalną dziewczyną, myślącą i czującą. Jej Dar jest dla niej przekleństwem. Tak jej się przynajmniej wydawało, dopóki nie uświadomiła sobie, że jej Dar jest czymś zupełnie innym... Katsa to taka średniowieczna feministka. Nie dlatego jednak, iż preferuje krótkie fryzury, żywi niechęć do ozdób i wytwornych sukni, największą radością jest dla niej natomiast dzień spędzony w siodle z mieczem przy boku. Najwyższą wartością w oczach Katsy jest wolność i niezależność. Jak jednak pogodzić to z pracą dla despotycznego władcy-tyrana? I czy nie będzie utratą wolności podążenie ze miłością, która przyszła tak nagle, zupełnie niechciana? Bohaterka staje przed trudnymi wyborami, które pokażą jej kim naprawdę jest i na zawsze zmienią jej życie. "Wybrańcy" to, w moim odczuciu, bardzo dobra powieść fantasy. Niesamowicie wciąga i przenosi nas w zupełnie inny świat. Jednak opowiada także o władzy i sprawiedliwości, o miłości i wolności, o poszukiwaniu swojego prawdziwego Daru. Obdarzeńcy - to niezbyt miło brzmiące słowo. Sugeruje pewną skazę, stygmatyzuje. Jednak uświadomienie sobie, że inność, ten właśnie Dar, który wyróżnia z tłumu, jest czymś niezwykle cennym sprawia, że Obdarzeńcy stają się tytułowymi "Wybrańcami". A to już brzmi zupełnie inaczej... Gorąco polecam!
czwartek, 22 grudnia 2011
Pomimo mojego światopoglądu obchodzę z rodziną tradycyjne Boże Narodzenie i pomimo tego, że w rodzinie takiej jak moja, niepełnej, atmosfera świąteczna nie jest idealna, mam ogromny sentyment do tych świąt. Dla mnie święta to czas bardzo muzyczny :) Mam słabość do kolęd, pastorałek, a nawet zupełnie komercyjnych świątecznych piosenek. Dlatego też postanowiłam podzielić się z Wami tym, czego lubię słuchać i co budzi we mnie szczególne emocje. Kolejność zupełnie przypadkowa, za wyjątkiem ostatniego utworu :) 1. "Bóg się rodzi" - Czy wiecie, że prawdziwy tytuł tej pieśni to "Pieśń o Narodzeniu Pańskim", a jej autorem jest jeden z najwybitniejszych poetów polskiego oświecenia, Franciszek Karpiński? Ja wiedziałam ;) A dowiedziałam się tego na swoich pierwszych studiach. Utwór ten po raz pierwszy został wydany drugiem w 1792 roku w tomie "Pieśni nabożne". I może to dziwne, ale sama ta wiedza sprawiła, że polubiłam tę kolędę. 2. Mariah Carey "All I want for Christmas is you" - Jest taki film, który lubimy z siostrą oglądać w okresie świątecznym, piękny i wzruszający, o różnych odcieniach miłości - "To właśnie miłość" :) I jest w tym filmie mały chłopiec niesamowicie zakochany w koleżance ze szkoły. Wybranka jego serca na szkolnym przedstawieniu śpiewa tę właśnie piosenkę. Jest taka radosna i pozytywna :) 3. Skaldowie "Kolędujmy wszyscy wraz" - W czasach, kiedy chodziłam na oazę nasz naprawdę świetny ksiądz prowadził również grupę teatralną. Miałam okazję oglądać dwa przedstawienia tej grupy (czyli moich znajomych, nawet z udziałem mojego Dominika :P), a były to "Królewna Śnieżka" oraz "Opowieść wigilijna". W "Opowieści wigilijnej" była przepiękna scena tańczona do tej właśnie piosenki. Jest cudowna - bo po polsku, taka dynamiczna i przezabawna :) 4. Piotr Rubik "Biały śnieg i Ty" - bo jest piękna, tak po prostu :) 5. Fragment z musicalu "Metro" pt. "Uciekali" - śpiewa tutaj, młody jeszcze Robert Janowski - dziennikarz radiowy, a także prowadzący programu "Jaka to melodia". Uważam, że ma niezwykły głos :) 6. Arka Noego "Gwiazdeczka" - Lubię tę pastorałkę w wykonaniu dziecięcych głosików, bo jest tak skoczna i pełna energii, że dzięki niej zaczynam zwykle czuć świąteczną atmosferę :) W domu najczęściej to właśnie kolędy w wykonaniu Arki Noego towarzyszą nam przy przed-wigilijnych porządkach i gotowaniu. I wreszcie piosenka, która porusza mnie szczególnie. Zawsze oglądając ten teledysk płaczę. Czasem samo słuchanie piosenki i przypomnienie sobie teledysku czy po prostu wsłuchanie się w treść wywołuje we mnie łzy. Polecam przeczytać, przetłumaczyć sobie tekst. Nie jest to teledysk oficjalny, lecz raczej seria zdjęć bezpośrednio związanych z tekstem utworu. Wstrząsających zdjęć. Warto posłuchać, obejrzeć i zastanowić się... Niezależnie od tego, jakie święta obchodzimy w grudniu, czy jest to Boże Narodzenie, Szczodre Gody, Yule czy jeszcze coś innego, czym dla nas są te święta? Czy są (jak pięknie na wigilii grupowej powiedziała dziś moja koleżanka) tylko i wyłącznie "przejedzone"? Czy wcinając te wyszukane przysmaki mamy świadomość, że ktoś gdzieś na świecie - a może i całkiem blisko - cierpi głód? Mnie osobiście bardzo to porusza... Jednak czy wiecie, że - jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia - na świecie produkuje się dziś taką ilość pokarmu roślinnego, że wystarczyłaby ona do wykarmienia 17 miliardów jednostek ludzkich! Tymczasem około 90 procent hodowli soi przeznaczana jest na paszę dla zwierząt hodowlanych. Do tego sporą część upraw ziarna importuje się z krajów Trzeciego Świata. W samych Stanach Zjednoczonych zwierzęta hodowlane zjadają soję i pszenicę w ilościach, jaka pozwoliłaby na wyżywienie prawie 2 mld ludzi. Oblicza się, że dla wyprodukowania 1 kg mięsa potrzeba aż 10 kg soi. [źródło: www.wegetarianie.pl]
wtorek, 15 listopada 2011
Znalezione w sieci :) Też tak macie? Uśmiałam się jak głupia, kiedy to czytałam, ponieważ zgadzam się z wszystkimi tymi stwierdzeniami, za wyjątkiem 3,4,7 i 20.
sobota, 05 listopada 2011
Nigdy bym nie pomyślała, że znajdę w sobie taką pasję do gotowania ;) Od ok. półtora miesiąca (zaledwie!) jestem wegetarianką i od dnia podjęcia tej decyzji czuję się o niebo szczęśliwsza. W moje ślady, mimo protestów mamy, poszła moja młodsza siostra, co zmusiło nas do "wymyślania" wegetariańskich, pełnowartościowych potraw dla dwóch osób. Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz, bo przecież to wcale nie musiałoby się wiązać z rezygnacją z jedzenia mięsa, ale zaczęłyśmy wprowadzać do naszej kuchni warzywa, na które wcześniej nawet nie zwracałyśmy uwagi - kalarepkę, cukinię, dynię, patisona. Od wczoraj zajadamy się kiełkami rzodkiewki, na oknie w kuchni kiełkuje rzeżucha, w lodówce czeka już bakłażan, a w szafce zielona soczewica... A przecież tyle jeszcze jest do wypróbowania :) W wolnych chwilach szperam w internecie i wyszukuję różne ciekawe, lecz proste przepisy, chętnie spędzam czas w kuchni i po prostu szaleję z radości, kiedy nowa, zrobiona przeze mnie potrawa smakuje komuś więcej niż tylko mi i siostrze. Sama siebie nie poznaję ;) Pomyślałam sobie więc, że - skoro tematyka mojego bloga i tak już w żaden sposób nie trzyma się przysłowiowej "kupy", lecz tworzy jeden wielki misz-masz - dodam nowe kategorie wpisów, jakimi będą "wegetarianizm" i "przepisy". Pod tagiem "wegetarianizm" postaram się umieszczać różne informacje o tym stylu życia i sprawach z nim związanych. Dlaczego? Wiem, że bloga poczytuje sobie anonimowo spore grono osób, a - jak już kiedyś wspominałam - uważam, że kluczem do zrozumienia i akceptacji jest po prostu trochę wiedzy. A kategorię "przepisy" zacznę rozwijać od dziś :) Na początek ciasto :) Pomysł na wypróbowanie przepisu na ciasto marchewkowe chodził za mną od bardzo dawna, wydawało mi się jednak, że będzie trudne i nikomu nie posmakuje. Jakże się myliłam :) Okazało się to najprostsze w wykonaniu i zarazem najsmaczniejsze ciasto, jakie kiedykolwiek piekłam. Ma cudowny słodki, cynamonowy, nawet piernikowy smak, jest mięciutkie i lekko wilgotne. I znika w ekspresowym tempie :) Przepis, na którym się wzorowałam znajdziecie tutaj, dostosowałam go jednak do własnych potrzeb :) Składniki: Na ciasto: 4 jajka 400g cukru (2 szklanki) 300ml ojeju roślinnego 200g drobno startej marchewki 100g wiórków kokosowych 400g mąki (ok. 2 szklanki) po łyżeczce sody i soli 1-2 łyżeczki cynamonu 2 łyżeczki proszku do pieczenia dowolne bakalie: pokrojone orzechy, ananas - u mnie kandyzowana skórka pomarańczowa Na polewę/lukier: 400g cukru pudru (2 szklanki, może być trochę mniej) 100g kremowego serka 50g masła lub margaryny olejek śmietankowy (opcjonalnie) Przygotowanie: Jajka miksujemy aż podwoi się ich objętość, dodajemy cukier i ubijamy na gładką masę. Następnie wciąż miksując, dolewamy powoli olej. Możemy już wyłączyć mikser, będzie potrzebny dopiero na wykonanie polewy :) Do powstałej masy dodajemy marchewkę, wiórki kokosowe i dowolne bakalie (ja postanowiłam zrezygnować z zalecanych orzechów i ananasa, na rzecz uwielbianej przeze mnie kandyzowanej skórki pomarańczowej; można też zrezygnować z bakalii), delikatnie mieszamy. Następnie dodajemy mąkę, cynamon, sól, sodę oraz proszek do pieczenia i znów delikatnie mieszamy wszystkie składniki. Ciasto przelewamy do wyłożonej papierem do pieczenia blachy (dużej - w przepisie na którym się wzorowałam były podane proporcje na małą blachę, więc podwoiłam ilość składników). Pieczemy przez godzinę w temperaturze 150 stopni. Kiedy ciasto mamy w piecu możemy przygotować lukier :) Jeśli nie lubicie zbyt słodkich wypieków można zrobić lukier z mniejszej ilości składników, aby uzyskać cieńszą warstwę na cieście, można zastąpić go zwykłym cukrem pudrem (delikatnie oprószyć ciasto) albo w ogóle z niego zrezygnować. Wedle upodobania :) Ja jednak polecam z lukrem, ciasto jest bardzo słodkie, ale przepyszne. Mikserem ucieramy serek wraz z masłem lub margaryną. Jeśli chcemy, aby polewa miała intensywniejszy smak i aromat, możemy dodać również olejek śmietankowy, ale nie jest to konieczne. Następnie stopniowo, po trochu, dodajemy cukier puder i miksujemy aż do uzyskania gładkiej, białej masy bez grudek. Przygotowaną polewę wkładamy do lodówki, aby trochę stężała. Smarujemy nią upieczone i lekko przestudzone ciasto. Ja posmarowałam tylko z wierzchu, można natomiast przekroić ciasto wzdłuż i przełożyć je masą w środku. Na koniec wkładamy do lodówki. Ciasto będzie najsmaczniejsze, kiedy polewa lekko stwardnieje. Smacznego! |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Charytatywnie
Ekologicznie
Literackie
Odwiedzane blogi
Pogaństwo i magia
Sklepy internetowe - rękodzieło
Tu kupisz moje prace
Wegetariańskie
|