Wpisy z tagiem: Powieść
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Sophie chciała być sprytna. Gościniec wiodący do Taviru wił się niczym wstęga pomiędzy zielonymi lasami Harmountu i Eadanu. Podróż trwała wiele dni. W Sophie jednak buzowała wściekłość, która kazała jej dotrzeć tam jak najszybciej. Nie myślała o spotkaniu z wujem. Przed oczyma wyobraźni trzymała już w dłoniach miecz, widziała lśniące ostrze i drżała na myśl o tym, jak unurza je w krwi. Krwi wampirzycy. Pragnienie to gnało ją naprzód i odbierało rozsądek. Dlaczego miała podróżować gościńcem, skoro mogła skrócić sobie drogę przez las? Dziewczyna nie miała wątpliwości, że nie zgubi drogi, kierując się położeniem słońca i wspomnieniem obejrzanej mapy. Zachwycona swoim, jakże sprytnym w jej mniemaniu pomysłem, Sophie zboczyła w gęste zarośla. Las był zielony i jasny, rozświetlony słonecznymi promieniami przenikającymi przez korony drzew i malującymi fantazyjne wzory na miękkim, mszystym poszyciu. Gdzieś obok czmychnęła wiewiórka, lekki wietrzyk szeleścił najwyższymi gałęziami, a z każdej strony dało się słyszeć radosne ptasie trele. Pieśń lasu była przyjazna. Zapraszająca. Sophie postąpiła kilka kroków naprzód. Ani się obejrzała, a gościniec zniknął daleko za jej plecami. Ze wszech stron otaczał ją las. Liściaste sklepienie zamykało się wysoko nad jej głową i Sophie czuła się jak w jakimś niesamowitym żywym pałacu. Po raz pierwszy, odkąd była świadkiem morderstwa Roberta, czuła się dobrze. Odetchnęła głęboko, rozkoszując się świeżym, nieco żywicznym zapachem lasu. Chłonęła go całą sobą, czując, jakby była jego częścią. Choć ostatnimi dniami myślała tylko o śmierci – tej, którą widziała na własne oczy i tej, którą własnymi rękami miała zadać – teraz czuła w sobie radość życia od czubka głowy aż po koniuszki palców. Czuję się jak driada, pomyślała. Odurzona zapachem żywicy i liści, uświadomiła sobie, że musi to być jakaś magia. Nie taka jak w Dzikim Lesie, lecz łagodna i dobra. Obecność Bogini. Kropla również musiała to czuć, gdyż delikatnie strzygła uszami. Szła jednak przed siebie z zadziwiającą pewnością i spokojem, choć Sophie już dawno zupełnie nieświadomie puściła lejce. Nagle z transu wyrwał ją rubaszny śmiech. Męski śmiech. Sophie zamarła. Tuż przed nią, opiekając zająca na niewielkim ognisku, siedziało trzech mężczyzn. Ich ubrania były zniszczone i brudne, a nieogolone twarze czerwone od mocnego trunku. Na zmianę pociągali ze skórzanego bukłaka, podając go sobie z rąk do rąk. Jeden z nich, wysoki, umięśniony i żylasty siedział oparty o drzewo i bawił się nożem. Wyglądał na przywódcę. Mężczyźni opowiadali sobie sprośne kawały, co rusz zgodnie wybuchając gromkim, ochrypłym śmiechem. Sophie, przerażona, miała nadzieję, że nie zdążyli jej zauważyć. Powoli, starając się nie czynić najmniejszego hałasu, próbowała wycofać się w stronę, z której przyszła. Kropla stawiała drobne kroczki w tył, podczas gdy dziewczyna nie odrywała oczu od rzezimieszków, zajętych pochłanianiem pieczonego mięsa. Nagle klacz nastąpiła na coś twardego. Rozległ się trzask łamanej gałęzi. Zbóje jak na komendę podnieśli wzrok znad jedzenia. Żylasty wyszczerzył zęby w nieprzyjemnym uśmiechu. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia spotkały się. Kierowana resztkami rozsądku, Sophie próbowała gwałtownym szarpnięciem zawrócić konia. Kropla zarżała i spanikowana wpadła wprost na drzewo. Sophie poczuła silny wstrząs. W okamgnieniu znalazła się na ziemi. Tymczasem zbóje już byli przy niej. Stojąc nad przerażoną dziewczyną mierzyli ją pożądliwym, mętnym wzrokiem. - Patrzaj no Ziontek, jaka to apetyczna dziewuszka się nam znalazła! Khem, khem. I przylazła sama, nieproszona. - Pewno chce nam dogodzić! - Masz słuszność, Jędrek, smakowity z niej kąsek! Te cycuszki.. Chętnie pogmerałbym jej pomiędzy udami! - Nie trza gadać, jeno figlować, póki panienka ochocza! Mężczyźni skwitowali te słowa obleśnym śmiechem. Sophie krzyknęła. - A co się panienka tak szamota? – Żylasty zwrócił się do niej z niebezpiecznym błyskiem w oku. – Jak nie da po dobroci, to sami weźniem, a co! Ileż będzie zabawniej! I przyjemniej. Do drzewa z nią! Sophie wiedziała, że nie zdoła uciec. Zlana zimnym potem, krzyczała coraz głośnej, gdy dwóch zbójów pochyliło się nad nią i złapało za ramiona. Ze wszystkich sił próbowała się wyrwać z uścisku ich tłustych rąk. Żylasty, rozpinając spodnie, przyglądał się jak jego kompani przywiązują dziewczynę do drzewa. Sophie zrobiło się niedobrze od smrodu zjełczałego alkoholu i ich brudnych, spoconych ciał. Jeszcze większym obrzydzeniem napawała ja myśl o tym, co będą z nią robić. Unieruchomiona przy drzewie, spojrzała na Żylastego i zobaczyła jego nabrzmiałe przyrodzenie. Żółć napłynęła jej do ust. Mężczyzna zbliżył się do niej, więc splunęła mu prosto w twarz. Krzyknęła po raz ostatni. Wymierzył jej za to siarczysty policzek. Bliska omdlenia usłyszała jeszcze jego słowa: - Jak z nią skończę, to i wy możecie sobie poużywać. Dziewka chętnie obsłuży nas wszystkich, jak będziem chcieli to i po dwa razy. Zawtórowała mu kolejna salwa ochrypłego śmiechu. Żylasty wprawnym ruchem gwałciciela rozsupłał Sophie gorset i złapał ją za pierś. Drugą ręką zadarł jej suknię. Dziewczyna nie miała już siły na krzyk. Szlochała cicho. Łzy płynęły jej po twarzy. Poczuła na udzie jego gorący dotyk. Żylasty, oszalały z pożądania, już miał się w nią wbić. Nie zdążył. Dobiegł ich tętent kopyt i szczęk zbroi. Zaskoczeni towarzysze Żylastego ujrzeli nagle błysk miecza, lecz – pijani i zaślepieni podnieceniem – nie zdążyli wykonać najmniejszego ruchu. Głowa ich przywódcy potoczyła się po ubitej ziemi. Z ust Sophie wyrwał się przeraźliwy wrzask. Trup mężczyzny, tryskający krwią z otwartej tętnicy, przygniótł ją do drzewa. Tajemniczy jeździec jednym ruchem chwycił go i przewrócił na ziemię. Zbóje, ocknąwszy się nieco, sięgnęli po miecze. Alkohol jednak robił swoje. Rycerz, nie schodząc z konia, powalił ich obu kilkoma sprawnymi cięciami. W lesie zapadła cisza, przerywana jedynie coraz głośniejszym szlochem Sophie. Rycerz zsiadł z konia i rozwiązał pęta, unieruchamiające ją przy pniu drzewa. Osunęła się na ziemię, niezdolna nawet poprawić rozchełstanej odzieży. Płakała. Mężczyzna schował zakrwawiony miecz do pochwy i zdjął z głowy metalowy hełm. Uklęknął przy niej. - Pani… - wyszeptał. Sophie spojrzała na niego nieufnie. Zaczerwieniona z płaczu i wstydu, szybko poprawiła suknię, zasłaniając obnażone piersi i uda. Rycerz grzecznie spuścił wzrok. - Nie lękaj się, pani, nie skrzywdzę cię, a ci, którzy chcieli to zrobić, są już martwi. Mnie nie musisz się bać. Słysząc szczerość w jego głosie, wciąż zapłakana Sophie ujęła wyciągniętą do niej dłoń i pozwoliła pomóc sobie wstać. Gdy otarła łzy, rycerz cofnął się o krok i ukłonił dwornie: - Nie wiem czyliś jest bóstwem, czy panną śmiertelna, lecz jeśliś jest mieszkanką ziemskiego padołu, błogosławiony ojciec z matką twą pospołu, błogosławieni bracia*. Dziewczyna przyglądała mu się zaskoczona. Nikt jeszcze nigdy nie powitał jej takimi słowami. Było w nich coś dla niej dziwnego, coś nawet niezrozumiałego, lecz była świadoma, że kryje się za nimi pochwała jej osoby. Kim był rycerz? Gdzie nauczył się używać takich słów? Dlaczego pośpieszył jej z pomocą i przede wszystkim skąd się tu wziął? Tyle pytań kłębiło jej się w głowie, nie śmiała jednak żadnego z nich zadać swojemu wybawcy. On jednak, widząc onieśmielenie dziewczyny, mówił dalej: - Oczarowałaś mnie swym blaskiem, więc podążyłem za tobą. Nie mogłem pozwolić, aby któryś z tych łotrów cię zhańbił, aby zbezcześcił twoją cześć. Nie musisz jednak czuć się dłużna. Możliwość podziwiania twej urody jest dla mnie największą zapłatą. Chciałbym jednak, pani, prosić cię pokornie, byś pozwoliła mi zostać twym rycerzem. Pragnę uczynić cię damą mego serca. Sophie spąsowiała. Po chwili jednak opadło z niej całe napięcie, wstyd i strach. Niepomna tego, co wydarzyło się zaledwie przed chwilą, zaśmiała się serdecznie. - Jestem zwykłą wiejską dziewczyną, nie mogę być damą! - Szlachetność niewiasty mierzy się nie urodzeniem, lecz przymiotami jej duszy i czystością serca. A istota twej piękności musi mieć serce czyste jak łza. Sophie pomyślała o trawiącej ją nienawiści i żądzy zemsty. Serce czyste jak łza, dobre sobie… Tajemniczy rycerz wydał jej się najdziwniejszą osobą, jaką dotąd spotkała. Jego mowa bawiła ją, a dworne maniery onieśmielały. Mimo to, w niezrozumiały sposób, wzbudzał w niej sympatię. Była mu wdzięczna za ratunek, choć sposób w jaki rozprawił się z jej oprawcami wzbudzał w niej dreszcz. Namyśliła się chwilę. - Rycerzu – zaczęła niepewnie. – Dziękuję, że przyszedłeś mi z pomocą. Nie chcę myśleć, co stałoby się ze mną gdyby nie ty. Ale nie mogę zostać twoją damą. Pochodzę ze wsi, nie jestem… odpowiednia. Poza tym mam pewne zadanie. Jadę do Taviru i nie mogę zmienić swoich planów. - Pani, twe pochodzenie nie ma dla mnie znaczenia. Choć nie chcesz wyrazić na to zgody, moje serce już uczyniło cię swą królową. Odtąd cel twej wędrówki jest moim celem. Chcę tylko być u twego boku, aby wielbić cię i chronić. - Nie potrzebuje ochrony! – zaperzyła się Sophie. - Wybacz pani, ale potrzebujesz. Gościniec nie jest odpowiednim miejscem dla samotnej niewiasty. Na nic zdały się Sophie przekonywania, tłumaczenia i demonstracyjne okazywanie swojej niezależności. Rycerz postawił sobie za punkt honoru zostać jej obrońcą, a honor rycerski rzecz święta. Niechętnie więc Sophie przystała na jego propozycję. Wydostali się z lasu, odszukali trakt i w milczeniu udali się w stronę Taviru, miasta leżącego daleko, hen, aż nad samym morzem. Jechali tak długie godziny i z czasem, nie wiedzieć jak i kiedy, przełamali lody i pogrążyli się w rozmowie. Sophie konsekwentnie ukrywała powód swej podróży, tłumacząc, iż to zwykłe rodzinne odwiedziny u dawno niewidzianego wuja. Nie chciała, aby rycerz dowiedział się o wampirzycy. Pragnęła zabić ją sama. Nie chciała też zburzyć obrazu, jaki młody mężczyzna stworzył w swojej głowie. Schlebiało jej, że uważał ją za taką wspaniałą, nawet jeśli nie było w tym krzty prawdy. Jego towarzystwo umilało jej drogę, postanowiła jednak zgubić go, gdy tylko dotrą do miasta. Tymczasem wciąż niezmiernie śmieszył ją jego sposób wypowiadania się. - Dlaczego mówisz tak dziwnie? – zapytała w końcu. - Szlachetnego rycerza po dwornej mowie rozpoznasz. – wyrecytował regułkę wyuczoną jeszcze w dzieciństwie. Sophie wybucha perlistym śmiechem. - W porządku, poznałam. A teraz, jeśli nadal chcesz, żebym była twoją damą, postaraj się rozmawiać ze mną normalnie. Nie rozumiem tych wyszukanych słów, nie przywykłam do takiej mowy. Nie martw się, z pewnością to nie umniejszy twojej szlachetności. Młodzieniec obiecał poprawę. Po chwili Sophie odezwała się z uśmiechem: - Właściwie to wciąż nie znam twojego imienia. Jak mam się do ciebie zwracać? - Och, pani, wybacz ten straszny nietakt. – odparł zażenowany rycerz. – Zwą mnie Lancelot. Sir Lancelot z Jeziora. - Lancelot… – powtórzyła dziewczyna, smakując to słowo. – Mów mi Sophie. - Sophie... – powtórzył Lancelot. Znów zapadło milczenie. Twarze obojga zwrócone były przed siebie, jednak Lancelot, gdy tylko myślał, że Sophie nie patrzy, przyglądał się jej z niemal nabożną czcią. Właśnie spełniło się marzenie jego życia, znalazł damę swego serca. Pragnął ją wielbić, chwalić jej cnoty, a jeśli będzie to konieczne, ryzykować życie w obronie jej czci. Choć uroczyste pasowanie miał już dawno za sobą, dopiero teraz czuł się prawdziwym rycerzem. Jechali więc gościńcem w kierunku Taviru, w stronę słońca, strzemię przy strzemieniu. Błędny rycerz i dama jego serca.
niedziela, 06 marca 2011
Dla królowej Gassnaru, przyzwyczajonej do teleportacji, ptasich lotów czy po prostu podróżowania karocą, piesza wędrówka okazała się niezwykle męcząca. Z trudem dotrzymywała kroku swojej towarzyszce. - Już niedaleko. – powiedziała pocieszająco, bardziej do siebie, niż do Rossaline. Elfka spojrzała na nią z wyrazem skupienia na twarzy. - Nie obraź się Helgo, ale ja chyba jednak podążę w swoją stronę. Chcę wrócić do domu, do elfów. - Naprawdę wierzysz, że cię przyjmą? – wyśmiała ją czarodziejka. - Obiecali mi to. - Po jednym zabójstwie! A ile teraz masz ich na za sobą? Dziesiątki? Setki? Nie wierzę, że nadal liczysz na ich przebaczenie! - Przecież zapłacę wielką ceną za swoje winy! Byłam taka młoda, gdy to się stało, nie mogłam nad tym zapanować. Czy przez jeden młodzieńczy błąd muszę całe swoje przeraźliwie długie życie spędzić wśród ludzi? - Rossaline – zaczęła pojednawczo Helga. – jeden błąd młodości to był osiemdziesiąt lat temu. Lecz to, co robiłaś przez te wszystkie lata diametralnie zmienia sytuację. Królowa nie może przyjąć cię z powrotem po złamaniu tylu praw, przecież wiesz o tym. Zresztą nawet gdyby cię przyjęli, czy naprawdę chcesz takiego życia, jakie cię tam czeka? W niewoli? A ja i Stowarzyszenie ofiarujemy ci wolność. Władzę. Moc. Takiej propozycji nie odrzuca się tak łatwo. Zapadło milczenie. Elfka pogrążyła się w myślach, lecz jej pusty wzrok nie zdradzał absolutnie nic. Tymczasem Helga wskazała ręką w lewo i obie zboczyły z gościńca w gęsty las. Przedzierały się przez zarośla tak długo, aż trakt za ich plecami zupełnie zniknął z zasięgu wzroku. Rossaline doskonale zdawała sobie sprawę, że choć są wiele mil dalej, jest to wciąż ten sam las, Dziki Las, w którym zabiła swoją ostatnią ofiarę. Czuła magię tego miejsca, całą sobą odczuwała jego życie. W opuszkach palców wyczuwała krążącą tutaj pradawną Moc. Wytężyła wzrok. Z pozoru wszystko zdawało jej się w lesie zwyczajne, wszystkie drzewa takie same, lecz po chwili dostrzegła dąb wyraźnie starszy od innych, z olbrzymią dziuplą o nietypowym kształcie. W tym momencie Helga wskazała to właśnie drzewo. - To tutaj. – powiedziała. – Portal, który teleportuje nas do zamku Drosrum. Moje przyjaciółki powinny już tam na nas czekać. Czarodziejka stanęła naprzeciw dębu i wyciągnęła rozpostarte dłonie w stronę dziupli. Przybrała majestatyczną postać. Rossaline widziała skupienie w jej piwnych oczach i poczuła rosnące stężenie magii, otaczającej je wraz z drzewem niczym kokon. W chwili, gdy Helga wypowiedziała słowa Mocy, ogromny otwór w pniu zajaśniał białym światłem. Czarodziejka złapała elfkę za nadgarstek i pociągnęła za sobą wprost w jaśniejącą dziuplę. Rossaline zahuczało w głowie. Obrazy przed jej oczami wirowały jak w kalejdoskopie, a żołądek, wciąż jeszcze pełen świeżej krwi, przeszywały bolesne skurcze. Trwało to jednak zaledwie kilka sekund i niemal od razu poczuła pod stopami gładką posadzkę, a jej oczom ukazało się wnętrze zamkowej komnaty. - Witaj w siedzibie Stowarzyszenia Błękitnego Szafiru! – powiedziała z uśmiechem Helga, wygładzając zmiętą suknię. Rossaline spojrzała na nią mętnym wzrokiem, po czym podbiegła do najbliższego okna i zwymiotowała. - No tak. – skwitowała królowa Gassnaru. – Na początku teleportacja bywa dosyć nieprzyjemna. Przyzwyczaisz się. I będziesz musiała nauczyć się sama otwierać portale. Helga poprowadziła swoją towarzyszkę długim, ciemnym korytarzem. Ich kroki odbijały się głośnym echem po kamiennych płytach podłogi. Rossaline czuła słony zapach morza i choć przez wąskie okna nie zdołała zobaczyć nic poza błękitnym niebem, wiedziała, że muszą być bardzo daleko od stałego lądu. Na końcu korytarza znajdowały się wielkie dwuskrzydłowe drzwi bez klamek. Helga otworzyła je ledwie zauważalnym gestem dłoni. Ich oczom ukazała się sporych rozmiarów sala o wyłożonych zielonym aksamitem ścianach i wysokim krzyżowym sklepieniu, ozdobionym zawiłymi symbolami i runicznymi znakami. Część z nich, zapisaną w prastarym języku elfów, Rossaline potrafiła rozszyfrować, większość jednak widziała po raz pierwszy. Pomyślała, że muszą być to jakieś zaklęcia, słowa Mocy, wszystkich kiedykolwiek istniejących ras. Wiedziała, że w zamierzchłych czasach każda rasa posługiwała się własnym językiem, niezrozumiałym dla pozostałych i tak przesyconym magią, że każde, najzwyklejsze nawet słowo, wyzwalało ogromne pokłady Mocy. Stopniowo języki te zostały wyparte przez o wiele prostszą Wspólną Mowę i nie zachowały się nawet ich nazwy, wciąż jednak tylko one mogły tworzyć zaklęcia. Takimi właśnie zaklęciami, z pewnością ochronnymi, pokryty był sufit, zaś na samym jego środku wymalowana została odwrócona ósemka, stylizowana na ogromnego węża, połykającego własny ogon. Wąż Uroboros, pomyślała elfka. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, trwające razem w każdym momencie czasu. Symbol nieskończoności i wszechrzeczy. Wąż zdawał się spoglądać na dół lśniącym, szafirowym okiem. Na środku wielkiej sali stał duży owalny stół otoczony ośmiorgiem rzeźbionych krzeseł. Siedziało przy nim sześć kobiet. Ich reakcja okazała się daleka od serdecznego powitania. Spoglądały na Rossaline z mieszaniną zazdrości i pogardy, za którymi – choć żadna z nich nigdy by się do tego nie przyznała – skrywały ciekawość podszytą strachem. - Ależ ona jest.. – zaczęła Elemen, lecz przerwało jej zawistne sarknięcie Sartre: - Ładna? Messalina potwierdziła to rozmarzonym, bardzo jednoznacznym westchnieniem. Blondynka jednak pokręciła głową. - Ona jest wampirem! – wypowiedziała te słowa z obrzydzeniem, wypluła je jak największe plugastwo. Czarodziejki jak na komendę zerwały się z miejsc. - Na bogów, Helgo, co ty sobie wyobrażasz? Chcesz nas wszystkie pozabijać? Jak mogłaś przyprowadzić do nas to… to coś? - To – rozzłoszczona Helga złapała Rossaline za ramię i wypchnęła przed siebie – To jest ósma członkini Stowarzyszenia. Czarodziejka równa nam wszystkim. A oficjalnie przyjmijmy, że jest to moja siostrzenica. - Kochana, przecież ty nie masz siostry! – odparła Messalina, wciąż mierząc płomiennowłosą elfkę badawczym spojrzeniem. - Owszem. Ale Tarhal o tym nie wie. - Tarhal? – przez Sartre przemawiało wyraźne oburzenie. – Więc to ona jest tą twoją tajemniczą kandydatką? To w taki sposób chcesz go pokonać? Dasz go po prostu tej wampirzycy na śniadanie? - Swoją drogą całkiem niezły pomysł. – skwitowała milcząca dotąd Roxanna. - Ależ oczywiście, że nie! Myślicie, że to byłoby takie proste? Tarhal jest królem. Sądzicie, że nie ma osobistej straży? Wojska? Nie pamiętacie już co wam ostatnio mówiłam? Znacie ustalenia i zasady działania Stowarzyszenia. Rossaline też wkrótce je pozna i będzie działać zgodnie z tym, co wszystkie razem tutaj ustalimy. A teraz usiądźcie i może przywitajcie ją nieco milej, zamiast kulić się jak jakieś przestraszone dzieci. Czarodziejki jednak nie dawały się przekonać słowom Helgi. W ich oczach malował się strach przez stworzeniem, które znały dotąd jedynie z legend. Choć były to kobiety wykształcone i nieobce im były ponadnaturalne zjawiska, sądziły, że istnienie wampirów można włożyć między bajki. Jedynie na twarzy Elemen gościł tajemniczy ironiczny uśmieszek. - Helgo, czy jesteś pewna, że jesteśmy w jej towarzystwie bezpieczne? Że ona nas nie zaatakuje? – zapytała Tara. - Nie martwcie się. – odparła już spokojnie Helga. – Ręczę za nią. A teraz pozwólcie, że jeszcze raz przedstawię, Rossaline z Czerwonych Elfów. Tak właśnie. Większość z was pewnie o tym nie wie, gdyż jest to pilnie strzeżona tajemnica, ale społeczność Królestwa Wolnych Elfów jest podzielona na kasty, z których najniższą – choć moim zdaniem niesłusznie – stanowią Czerwone Elfy. Elemen miała rację, co do tego, że żywią się krwią, jednak inteligencją są równe pozostałym elfom, a ludzi wręcz przewyższają, dlatego też nie macie powodów do obaw. Poruszenie kobiet opadło i ponownie zajęły swoje miejsca przy stole. Królowa Gassnaru u jego szczytu, na najwyższym, honorowym krześle; po obu jej stronach dwie najbliższe przyjaciółki, Messalina po prawicy i Sartre po lewicy; obok Messaliny przypadło miejsce jasnowłosej elfce Elemen, mającej naprzeciw wyniosłą czarnowłosą Roxannę, na ostatnich zaś miejscach usiadły wojownicza, ciemnoskóra Tara i młodziutka kapłanka Lidora. Tara obok Roxanny, Lidora obok Elemen. Najdalsze, lecz honorowe zarazem miejsce, naprzeciw przywódczyni Stowarzyszenia, pozostało wolne. Rossaline, zachęcona przez Helgę uśmiechem, ostrożnie na nim usiadła. Czuła się zagubiona. Helga obiecywała jej wiele, jednak pierwsze spotkanie z członkiniami Stowarzyszenia rozczarowało ją. Sześć czarodziejek wyglądało na kobiety dumne i wyniosłe, ale też niebezpieczne, choć w zupełnie inny sposób niż mogła to powiedzieć o sobie samej. Bały się jej, gdy dowiedziały się kim jest, lecz Rossaline była pewna, że strach ten nie doprowadziłby żadnej z nich do ucieczki, lecz do walki. Zresztą wcale nie była pewna czy jej to nie czeka. Krótkowłosa czarodziejka w czerwonej sukni, którą Helga przedstawiła jako Sartre, jawiła jej się jako wyjątkowo wrogo nastawiona. Sartre, z sobie tylko wiadomych powodów, widziała w niej rywalkę i za wszelką cenę postanowiła ją stłamsić. Królowa Gassnaru przedstawiła Rossaline także pozostałe kobiety. Messalina spoglądała na nią pożądliwie, niczym na soczyste jabłuszko i to też napawało elfkę przerażeniem. Roxanna miała spojrzenie zimne jak lód i zdawała się całkowicie ignorować obecność Rossaline, Tara natomiast, kobieta o nagim brzuchu i skórze barwy hebanu, miała w oczach dzikość drapieżnego kota. Jedynie Lidora nie wyrażała wrogości i nawet próbowała się nieśmiało uśmiechnąć. Rossaline zauważyła, że dziewczyna jest w Stowarzyszeniu najmłodsza, rozpoznała także kapłański znak na jej czole i pomyślała, że być może wcześniej została ona równie chłodno przyjęta. Najbardziej jednak zaskoczyło ją zachowanie Elemen. Elfki znały się. Co prawda ich ostatnie spotkanie miało miejsce wiele lat temu, Rossaline wątpiła jednak, by Elemen mogła jej nie pamiętać, swojego czasu bowiem mimo różnicy kastowej były serdecznymi przyjaciółkami. Teraz zaś Biała Elfka nie tylko udawała, że jej nie zna, lecz także wyjawiła przed czarodziejkami wielką tajemnicę ich rasy, by ją oczernić i zasiać w nich nienawiść. Helga nie zamierzała mówić nikomu o wampiryzmie Rossaline, Elemen jednak zmusiła ją do wyjawienia prawdy. Rossaline zastanawiała się jaki w tym mogła mieć cel…
sobota, 25 grudnia 2010
List królewski głosił: Do wszystkich młodzieńców i mężczyzn! Poddani! Przyszedł Wam czas porzucić zagrody i domy, opuścić wsie i miasta. Przyszedł czas pożegnać matki, żony i córki, aby chwycić za miecz. Wróg czai się wszędzie! Chce zagarnąć nasze ziemie i ograbić nas z dóbr. Dziki lud Hakibu, który podstępem odebrał nam ziemie na zachodnim wybrzeżu jeszcze za panowania króla Isolina, dziś chce sięgnąć po więcej. Temogor i Vernion już knują przeciw nam, roszcząc sobie prawa nie tylko do naszych ziem, lecz i bogactw, a nawet korony. I wreszcie krasnoludy, to karłowate plugastwo, które winno zostać pod ziemią, gdzie jego miejsce, zaczęły wychodzić spod ziemi i znów pojawiać się w górach Eregsaru, chcąc przywłaszczyć sobie całe ich pasmo i zagarnąć bogactwa, w które obfituje. Ale my, prawowici mieszkańcy Harmountu, nie pozwolimy się ograbić! Będziemy strzec naszych ziem, by żadna niegodna ręka nie odważyła się po nie sięgnąć! Poddani! Historia już niejednokrotnie dowiodła, że najlepszą obroną jest atak. Nie czekajmy więc, aż Temogorczycy i Verniończycy napłyną z południa, aż Habiku zaatakują nas z zachodu, a z gór, niczym robactwo, zaczną wychodzić mordercze karły. Zaatakujmy pierwsi! W ten sposób nie tylko uchronimy tereny, które posiadamy, lecz także przywrócimy czasy świetności, gdy ziemie Harmountu rozciągały się o wiele szerzej, gdy Harmount obejmował cały kontynent jako jedyne Prawdziwe Królestwo. Wierni poddani Królestwa Harmountu! Taka jest wola bogów, którą raczyli mi objawić! Wzywam Was zatem do walki! Przybądźcie, mężczyźni i młodzieńcy wszelkich stanów, do stolicy królestwa, aby stać się prawdziwymi rycerzami, mężnie broniącymi swojej ojczyzny! Podpisano: Jego Arcykrólewska Mość, z woli bożej Imperator potężnego Królestwa Harmountu. Armas odłożył pergamin na stary drewniany stół, stojący na środku izby. Przetarł zaspane oczy, wciąż nie wierząc w to, co usłyszał i przeczytał. O wschodzie słońca obudził go dźwięk rogu. Czterech konnych stało przy pręgierzu, na centralnym placu wsi i nawoływało wszystkich mężczyzn do zbiórki. Czarna smocza głowa na czerwonym tle ich tarcz pozwalała rozpoznać w nich królewskie wojsko. Gdy już wszyscy zebrali się na placu, jeden z nich, barczysty mężczyzna o długich czarnych wąsach, głośno odczytał treść odezwy Imperatora. Po zebranych rozszedł się pomruk. Nie było tajemnicą, że popularność samozwańczego, despotycznego króla, zwłaszcza wśród prostego ludu, nie jest najlepsza. Konni puścili oznaki niezadowolenia mimo uszu. - Greg Aderlin, wystąp! – zaordynował wąsacz, po czym wręczył krępemu wieśniakowi zwój pergaminu opatrzony królewską pieczęcią i odhaczył jego nazwisko na spisie poborowych. Po kolei każdy z mieszkańców wsi odbierał przeznaczony dla siebie egzemplarz królewskiej odezwy, a przy jego nazwisku na liście pojawiał się krzyżyk. Brakowało tylko Roberta Gratssona. Armas odebrał swój list, który miał okazać po przybyciu do stolicy i udał się z powrotem do domu. Jako jeden z nielicznych mieszkańców wsi znał podstawy alfabetu i gramatyki, więc postanowił jeszcze raz przeczytać list samodzielnie. Zgadzało się każde słowo. Chłopak westchnął z rezygnacją. Armas miał dwadzieścia trzy lata i od wielu lat mieszkał z samymi kobietami. Jego babka Branna, siwiuteńka, lecz energiczna staruszka, owdowiała wiele lat temu. Była wioskową zielarką, a jej ogród pełen był roślin, leczących każdą przypadłość. Miała dwóch synów: Faitvora, mieszkającego w Tavirze i Magnusa, który ożenił się z Elian, matką Armasa i Sophie. Elian w młodości była bardzo piękną kobietą, lecz porzucenie przez męża i trudy wiejskiego życia odcisnęły piętno na jej szlachetnej twarzy. Przez wiele lat, gdy Armas był jeszcze małym chłopcem, jego matka robiła wszystko to, co w normalnym domu robi mężczyzna: siała, orała, kopała ziemniaki, nosiła wodę z rzeki i rąbała drewno, nie tracąc przy tym swoich niewieścich obowiązków, z których najważniejszym było wychowanie dwójki małych dzieci. Na szczęście teściowa została przy niej i pomagała, jak tylko mogła. Ojciec Armasa, noszący dumne imię Magnus, odszedł gdy dzieci były jeszcze małe. Pewnego dnia po prostu wyjechał bez słowa. Armas jak przez mgłę pamiętał jego długą brodę i płaszcz spinany klamrą w kształcie potrójnie przeplatanego węzła. Sophie w ogóle nie pamiętała ojca. Była młodsza od Armasa o pięć lat i wyjątkowo krnąbrna, rozpieszczona przez dwie kobiety i brata, który na każdym kroku był jej obrońcą. Gdyby nie jego starania i pragnienie, aby zapewnić ukochanej siostrze godną przyszłość, pewnie nigdy nie przyjęłaby oświadczyn Roberta. Sophie, która wyrosła na piękną i zaradną młodą kobietę, w jego oczach wciąż była małą dziewczynką, potrzebującą opieki. Serce ściskało mu się z żalu na myśl o tym, że ma wyruszyć na niesłuszną wojnę i zostawić te trzy najdroższe mu kobiety same. Wciąż zaspany po tym nagłym przebudzeniu wszedł do jadalnej izby i odłożył pergamin na stół. Wyjrzał przez okno. Babka zbierała zioła w ogrodzie. Twierdziła, że poranna rosa nadaje im magiczną moc. Poszukał wzrokiem matki. W przeciwległej części ogrodu doiła krowę, aby przynieść mleko na śniadanie. Brakowało tylko siostry. Armas wszedł po cichu do pokoju sypialnego kobiet, sądząc, że zastanie Sophie śpiącą. - Wstawaj śpiochu! – zakrzyknął. Odpowiedziała mu cisza. Łóżko Sophie było puste. Czyżby nie wróciła na noc? Początkowo zmartwił się, lecz zaraz uśmiechnął się chytrze, wiążąc zniknięcie Sophie z nieobecnością Roberta. Może jego nieprzystępna siostra postanowiła wreszcie okazać nieco łaski swojemu narzeczonemu. Armas wrócił do głównej izby, usiadł na krześle i zaczął się zastanawiać, jak powiedzieć im, że wyrusza na wojnę. Co więcej – na niesłuszną, grabieżczą wojnę. Ani przez chwilę nie wierzył w słowa Imperatora. Obrona? Odzyskanie utraconych ziem? Wola bogów? Bzdura! Chłopak dobrze znał historię królestwa, wiedział jakim władcą był Tarhal i w jaki sposób przejął tron. Nie wierzył też w knowania rzekomo wrogich państw, które za panowania króla Isolina były wielkimi sojusznikami Harmountu. Poza tym Królestwo Harmountu nigdy nie obejmowało całego kontynentu. Słowa Imperatora były bajką dla gawiedzi, a jego prawdziwym celem, co do tego Armas nie miał wątpliwości, było poszerzenie własnych wpływów. Nie chciał walczyć w takiej sprawie, wiedział jednak, że za odmowę czeka go tylko jedno. Stryczek. Nagle do domu wpadła zdyszana Sophie, machając swym jasnym warkoczem. Powieki miała zapuchnięte, a twarz zaczerwienioną od zimna i płaczu. Drżała. - Armas! – załkała, wpadając w ramiona brata. – Ona zabiła Roberta! Zabiła! Wypiła jego krew i gołymi rękami usypała mu grób! Robert nie żyje! Dziewczyna zaniosła się spazmatycznym szlochem. Armas czule pogładził ją po głowie. - Co ty mówisz? To niemożliwe. Jak to Robert nie żyje? Kto go zabił, jak? - Wampir! – załkała Sophie. – Kobieta o czerwonych włosach, wampirzyca! W tym momencie do izby weszły babka i matka, niosąc wiadro mleka i pęk świeżych ziół. Obie z zaskoczeniem spojrzały na obejmujące się rodzeństwo i zapłakaną twarz Sophie. - Sophie mówi… - zaczął nerwowo Armas. - Słyszałyśmy. – spokojnym głosem przerwała mu babka. - Odezwę Imperatora także słyszałyśmy. – dodała Elian, patrząc synowi w oczy. – Widziałyśmy jego żołnierzy. Idź synu, wszyscy wiemy, że nie masz innego wyjścia. Bogini będzie miała cię w swojej opiece. Nie martw się nami, jesteśmy silnymi kobietami, poradzimy sobie. Tylko, zaklinam cię, nie daj się zabić! Wróć, aby wreszcie wybrać sobie żonę. - Matko, o czym ty mówisz? – zapytała Sophie tłumiąc szloch i ocierając łzy. – Jaka odezwa? Co tutaj robili królewscy żołnierze? - Idę do wojska. – odparł Armas z goryczą. – Tarhal szykuje wojnę, chce łupić i grabić wszystkie państwa wokół. Siostro, nie chcę zostawiać was samych, ale zrozum, że nie mam wyboru. Sophie zastanowiła się przez chwilę. - Rozumiem. – powiedziała powoli. – Idę z tobą. Muszę nauczyć się władać mieczem, aby móc odnaleźć demona, który zabił Roberta i pomścić jego śmierć. - Dziewczyno! Coś ty znowu wymyśliła? – wykrzyknęła przerażona matka. – Zawsze byłaś nieokiełznanym dzieckiem, ale tym pomysłem przeszłaś samą siebie! Niewiasta na wojnie, z mieczem u pasa, któż to widział! I na bogów, jaki wampir? - Matka ma rację. – podchwycił Armas. – Obóz żołnierski, a już tym bardziej wojna, to nie miejsce dla młodej kobiety. Nawet tak odważnej i zręcznej, jak ty. Jeśli naprawdę Roberta zabił demon, dla własnego dobra nawet nie próbuj go szukać. - Synu, jaki demon? – wykrzyknęła matka, coraz bardziej zdenerwowana. – Wampir to stwór z legend, nie można go spotkać w prawdziwym świecie! - Ale ja ją widziałam! Widziałam na własne oczy, jak pozbawia go życia i gołymi rękami usypuje kurhan nad jego ciałem, a on w okamgnieniu obrósł kwieciem. Pokażę wam! Jest w lesie tuz przy strumieniu, zobaczcie jeśli mi nie wierzycie! Branna spojrzała na wnuczkę. Miała oczy swego ojca i ten sam zapał, który wiódł go przez życie. Zdecydowała się ją poprzeć. Nie wątpiła w prawdziwość ani jednego z jej słów. - Są na świecie rzeczy, – rzekła. – o jakim nawet magom i uczonym się nie śniło. A i legendy o krwiopijcach nie wzięły się znikąd. Wierzę w każde słowo Sophie i jeszcze dziś pójdę złożyć kwiaty na grobie jej niedoszłego męża. Dziewczyna spojrzała na babkę z wdzięcznością. - Ja naprawdę muszę pomścić jego śmierć. Przysięgłam przed Boginią. W lesie u strumienia przysięgłam śmierć morderczyni Roberta, powołując się na wszystkie świętości i wszystko, co przeklęte. Jeśli złamię przysięgę, moje serce już nigdy nie zazna spokoju. W izbie zapadła cisza. Przysięga miała wielką wagę, a na tych, którzy jej nie dotrzymywali Bogini bez wahania zsyłała piorun kulisty – znak przestrogi i kary. Sophie, podobnie jak jej starszy brat, nie miała już wyboru. Ogniem wypisała swój los. Elian zrozumiała, że musi pozwolić jej uczynić, co zechce. Była taka podobna do Magnusa. - Co więc zamierzasz zrobić? – zwróciła się, już łagodnie, do córki. – Armas naprawdę nie może cię zabrać ze sobą, nie narażając twojego życia i cnoty. Kobieta w obozie wojskowym może być najwyżej nierządnicą, a nikt z nas nie dopuści, by spotkał cię taki los. - Udam się do Taviru. Wuj Faitvor był niegdyś korsarzem i sztuka fechtunku nie jest mu obca. Z pewnością zgodzi się nauczyć nieco swoją bratanicę. Matka potaknęła tylko, zaś babka odparła pocieszająco: - Napiszę do mojego syna stosowny list, w którym osobiście poproszę go o opiekę nad tobą, Matce nie odmówi. Armas smutno spojrzał na siostrę. Wyruszy sama w daleką, niebezpieczną podróż, a on nie może ani temu zaradzić, ani jej towarzyszyć. Po kilku godzinach, spakowawszy najpotrzebniejsze rzeczy, rodzeństwo osiodłało konie i opuściło rodzinny dom. Czułe pożegnanie z matką i babką odcisnęło ślady łez na ich twarzach. Jechali ramię w ramię, on na kasztanowym ogierze, ona na jabłkowitej klaczy imieniem Kropla. Nie rozmawiali prawie wcale, ciesząc się po prostu swoim towarzystwem i pod milczeniem kryjąc lęk, że to ich ostatnie wspólne chwile. Gdy słońce stanęło w zenicie, zostawili za sobą wieś, w której spędzili dzieciństwo i dotarli do najbliższego rozstaju. Armas zmierzać miał do Archen, stolicy Harmountu, Sophie zaś do Taviru, największego miasta portowego Eadanu. Jedno na północ, drugie na południe. - Czas się pożegnać. – powiedział drżącym głosem Armas. Ostatni raz objął siostrę i ucałował w miękki, ciepły policzek. Sophie otarła łzę. - Mam nadzieję, że będzie dane nam się jeszcze kiedyś spotkać. Niech Bogini ma cię w swojej opiece! - I ciebie, najdroższa siostro! Równocześnie spięli konie i ruszyli w przeciwnych kierunkach, każde na spotkanie swojego przeznaczenia. * * *
środa, 08 grudnia 2010
„Wampir to występne zwierze.” Rossaline wielokrotnie słyszała te słowa z ust starców i wioskowych bajarzy. - Wampir to występne zwierze. – mówili, a słuchające dzieci szeroko otwierały oczy ze zdumienia i strachu. – Poluje na ludzi w każdej sekundzie swego istnienia, które nie kończy się nigdy. Czai się na nich za pniami drzew i rogami domostw, zagląda do okien, by zaatakować niepostrzeżenie i zatopić swe obrzydliwe kły w szyi ofiary. By plugawie nasycić się ludzką krwią! Wampir szczególnie upodobał sobie dziewice i niewinnych młodzieńców, których krew, przez wzgląd na ich czystość, jest najwyborniejsza. Lecz gdy wampir już ukąsi, dla nieszczęśnika ratunkiem jest tylko śmierć! Biada temu, z czyjego ciała ten czarci pomiot wypije tyle krwi, by uleciała z niego dusza, pozostawiwszy ostatnie krople krążące w żyłach! Człowiek ten, niby zarażony paskudną chorobą, choć przez czas jakiś wić się będzie w malignie, obudzi się z oczyma o czerwonych źrenicach i sam stanie się krwiopijcą! I tak jak demon, który go stworzył, polował będzie nocami, najsilniejszy wówczas, gdy księżyc stoi w pełni, a za dnia ukrywał się będzie w grotach i jaskiniach, gdyż najlżejszy promyk słońca spalić go może na proch. Rossaline była żywym dowodem nieprawdziwości gminnych legend. Od wielu lat, od dnia wygania, żyła jak zwykli ludzie i wędrowała za dnia, nawet w palącym słońcu, które obchodziło się z nią tak samo, jak ze zwykłymi śmiertelnikami. Słoneczne promienie nie czyniły jej żadnej krzywdy, lecz nie były też w stanie zarumienić jej jasnej skóry, która zawsze pozostawała chłodna i sucha. Rossaline urodziła się wampirem. Żądza krwi, to odbierające rozum i kontrolę nad własnym ciałem pragnienie było uczuciem, które znała od dziecka. Było częścią jej natury, jej dziedzictwem, podobnie jak biała skóra, szkarłatny odcień włosów i bursztynowe oczy. Zwykli ludzie nie byli w stanie rozpoznać jej inności, zbyt zadufani w swoich absurdalnych legendach, wierzący, że wampirem zostaje się poprzez ukąszenie. Naprawdę wampiryzm nie był chorobą ani przekleństwem. Był klątwą. Klątwą rzuconą w zemście. Przede wszystkim jednak wampiry nie były zwierzętami, choć nie były też ludźmi. Zresztą tylko śmiertelnicy używali niechlubnej nazwy „wampir”. Pobratymcy Rossaline nazywali się bowiem Czerwonymi Elfami i istotnie byli przedstawicielami Starszego Ludu, z powodu swej odmienności zepchniętymi do najniższej kasty i odizolowanymi od reszty elfiej społeczności w Mieście Ognia, ukrytym głęboko w gęstych lasach Królestwa Wolnych Elfów. Rossaline szła pieszo gościńcem, nie obarczona jakimkolwiek bagażem. Mijani ludzie spoglądali zdziwieni, że niewiasta podróżuje w taki sposób, bez bagażu, eskorty, wozu, lub przynajmniej konia. Niektórzy chcieli ofiarować pomoc, lecz napotkawszy jej złowieszcze spojrzenie, odwracali wzrok. Szła w stronę wschodzącego słońca, szczelnie otulając się płaszczem, w mglisty, chłodny poranek. Trakt, prowadzący przez Temogor do Państwa Wolnych Elfów, zaczynał żyć. Coraz częściej słychać było na nim ludzkie głosy, stukot kopyt i kół. Pomiędzy gałęziami wysokich topoli, porastających go z obu stron, przebijały się pierwsze słoneczne promienie. Rossaline zmierzała do domu. Choć minęło prawie osiemdziesiąt lat, pamiętała dzień wygnania jakby to było wczoraj. To było jej pierwsze morderstwo. Skończyła wówczas dwadzieścia lat i osiągnęła pierwszy z trzech progów elfiej dorosłości. Przestała być dzieckiem, wolno jej było podróżować po całym Królestwie, uczestniczyć we wszystkich świętach i wziąć sobie kochanków, jeśli tylko zadba o to, by nie począć dziecka. Pamiętała swoje pierwsze Beltane i dzikie tańce wokół ognia, swojego pierwszego kochanka, który wybrał ją tej nocy. Później były kolejne święta, kolejne magiczne obrzędy i kolejni kochankowie, tacy na jedną noc, na kilka dni lub na parę miesięcy. Kilka pierwszych lat dorosłego życia minęło Rossaline pełnych seksu i magii. Chciała czerpać ze swojego elfiego życia wszystko to, co najlepsze. A dla Czerwonego Elfa najlepsza była krew. Ofiara przyszła sama, wpadła prosto w jej ręce – młody goniec przybywający do państwa elfów z listem dla Królowej. Oczywiście uczono ją od urodzenia jak panować nad pragnieniem, jak zachować obojętność wobec zapachu ludzkiej krwi i w żaden sposób nie zdradzić się z tym, kim jest. Jednak w bezpośrednim kontakcie z żywym, pachnącym, apetycznym człowiekiem wszystkie nauki zawiodły. Rossaline już w kilka sekund po zabójstwie żałowała, że straciła kontrolę. Nie było tajemnicą, jaka kara ją za to czeka – dożywotnia banicja. Jednak sędzia z pewnych względów okazał się dla niej łaskawy. - W imieniu Białej Królowej i Rady Starszych Królestwa Wolnych Elfów skazuję ciebie, Rossaline z Czerwonych na banicję i zabraniam przekraczania granic Królestwa. – powiedział wtedy. – Jednak przez wzgląd na twoją młodzieńczą płochość, z której z pewnością wyrośniesz daję ci szansę odkupienia. Gdy skończysz sto lat i osiągniesz pełnię dorosłości, wrócisz tu, by posłusznie poślubić elfa z Białych, którego wybierze dla ciebie Rada. Jeśli spełnisz swoje przeznaczenie, zbrodnia zostanie ci wybaczona. Młodziutka Rossaline, która nie potrafiła wyobrazić sobie życia wśród ludzi, nie widziała innej możliwości, jak na to przystać. Obiecała więc powrót i małżeństwo, choć wiedziała, że w świecie elfów los żony jest równie marny, jak życie na wygnaniu. Elfy nie zawierały małżeństw, tłumacząc, że długowieczność i długotrwałe związki nie idą w parze. Nie wymagały też monogamii od siebie ani swoich partnerów, każdy mógł mieć kochanków, kiedy chciał i ilu chciał, nawet po kilku równocześnie, dla elfów bowiem była to przede wszystkim zabawa. Wyjątek stanowiły, oczywiście, Czerwone Elfy. W najniższej kaście małżeństwo było swojego rodzaju karą, nie tyle dla konkretnego osobnika, co dla całego ich rodu. Karą za to, kim są. Białe Elfy nie nazywały tego nigdy w ten sposób. Mówiły o poświęceniu, które ma przełamać klątwę. W imię tego poświęcenia w każdym pokoleniu wybierano po jednym elfie z każdego rodu Czerwonych, który miał poślubić Białego i spłodzić z nim dzieci, które – jak wszyscy mieli nadzieję – urodzą się Białe. Niezbyt jednak im to krzyżowanie genów wychodziło, gdyż dzieci rodziły się jakie chciały, czasem Białe, czasem Czerwone i nawet najmądrzejsi przedstawiciele Starszego Ludu nie potrafili znaleźć na to reguły. Nie ustawano jednak w próbach. Najczęściej, choć nie zawsze, wybierane były kobiety. Taki los był jak wyrok. Podczas gdy pozostałe elfy i elfki wszystkich kast romansowały ile dusza zapragnie, pomagając sobie – Biali z wyboru, Czerwoni z przymusu – ziołami i zaklęciami przeciw poczęciu, żona Białego Elfa musiała pozostać wierna i rodzić mu dzieci, które, jeśli okazały się Białe, zaraz zostały jej odebrane i wychowane przez starszyznę. Ponieważ jednak elfy są z natury istotami bardzo namiętnymi, wobec żon stosowano wysokie środki ostrożności, zabraniając im samodzielnego opuszczania miasta i wszelkich kontaktów z płcią przeciwną. Ich Białych małżonków to, rzecz jasna, nie dotyczyło i żyjąc w którymś z elfich miast prowadzili własne życie, angażowali się w związki i romanse, odwiedzając żonę tylko w celach prokreacji. Najgorsze jednak było to, że wybrane Czerwone Elfy nie mogły się skarżyć na swój los. Takie było ich przeznaczenia, a wypełnianie go, aby wybawić swój lud od klątwy, uważać miały za wielki zaszczyt. Rossaline nie wymarzyła sobie takiego życia. Nie pozostawiono jej jednak wyboru. Kolejne lata były dla niej ciągłą walką, pełną upadków i dręczącego poczucia winy. Nigdy nie fascynowała jej śmierć, nigdy nie potrafiła znaleźć żadnego usprawiedliwienia dla jej zadawania, oprócz własnej słabości, której kolejny raz uległa. Była to także ciągła wędrówka, ciągła ucieczka przed trupami, które za sobą zostawiała. Każdą zadaną śmierć przeżywała jak własną. A jednak, kiedy po wielodniowej wędrówce spotykała samotnego jeźdźca czy też przybywała do nowego miasta lub wioski, pragnienie krwi brało nad nią górę. Mijały lata, a Rossaline dojrzewała i powoli uczyła się opanowania. Wciąż zabijała, lecz z każdym rokiem coraz rzadziej. Za pieniądze zabrane ofiarom wynajmowała pokoje w gospodach i uczyła się żyć wśród ludzi, próbowała zwykłego, ludzkiego jedzenia, które syciło, lecz nie zaspakajało żądzy krwi. Przez ponad siedemdziesiąt lat była w wielu miejscach i robiła mnóstwo rzeczy. Teraz jednak, myślała, czas pozostawić to wszystko za sobą, zapomnieć i powrócić do swego dawnego życia. Taki plan Rossaline miała od początku. Wrócić, uzyskać przebaczenie i wypełnić swoje przeznaczenie. Gotowa była żyć nawet w niewoli, byle tylko wśród swoich i byle znów zobaczyć się z ojcem. I minionej nocy, po długich miesiącach abstynencji, gdy już tak niewiele dzieliło ją od wyczekiwanych setnych urodzin, spotkała na swej drodze Roberta. To był ostatni raz, mówiła sobie, pełna wyrzutów sumienia i pragnienia, żeby tak właśnie było. Została wygnana z Królestwa Wolnych Elfów za jedno zabójstwo, a teraz miała ich na swoim koncie bardzo wiele. Szczególnie to ostatnie ciążyło jej na duszy. Mimo to zdecydowała się wrócić, licząc, że wciąż jeszcze może odkupić swoją winę. Była już wiele mil od miejsca, gdzie to się stało, na Temogorskim Trakcie, wiodącym wzdłuż Dzikiego Lasu. Ostatnią wieś zostawiła za sobą kilka godzin temu, zaś do najbliższego miasta było jeszcze szmat drogi. Gościniec, po porannym przeludnieniu, był niemalże pusty. Nagle, z cichym pohukiwaniem, nad jej głową przeleciała pustułka. Rossaline obejrzała się. Ptak, zbliżając się do najbliższego drzewa, gwałtownie zmienił kierunek lotu i znów przeleciał nad elfką, niemalże dotykając jej włosów. Dofrunął do topoli po przeciwnej stronie traktu i znów gwałtownie zawrócił, przelatując jeszcze niżej, tym razem tuż przed twarzą Rossaline, muskając skrzydłem jej policzek. Elfka zatrzymała się skonfundowana. Pustułka jeszcze raz przecięła gościniec i znów wracała w jej stronę, szykując się do lądowania. Nim jednak małe ptasie łapki zdążyły dotknąć ziemi, na jej miejscu pojawiła się niewysoka kobieta w aksamitnej sukni. Miała krótkie nastroszone włosy w kolorze dojrzałych wiśni, bystre piwne oczy i haczykowaty nos. Choć nieliczne zmarszczki sugerowały, że lata młodości pozostawiła już za sobą, nie sposób było odgadnąć jej wiek. - Czekałam tu na ciebie. – powiedziała do Rossaline. – Jestem Helga. Helga van Messeng. Szanowana czarodziejka i królowa Gassnaru. - Ale przecież… jesteśmy w Temogorze. – odparła zdziwiona elfka. - Owszem. Jak już wspomniałam, czekałam tu na ciebie. Wiedziałam, że zmierzając do państwa elfów będziesz podążać tym traktem, choć muszę przyznać, że spodziewałam się tu ciebie ładnych kilka godzin wcześniej. - Jak to, czekałaś na mnie? Skąd wiesz kim jestem i dokąd zmierzam? – oburzyła się Rossaline, lekko przerażona sytuacją. – To znaczy, skąd Wasza Wysokość tyle o mnie wie? - Daruj sobie tytuły. – uśmiechnęła się Helga. – Jestem królową tylko dla moich poddanych, ty zaś chyba nie zaliczasz się do nich? Moja droga, jeśli ma się odrobinę magicznych zdolności i kilku zaufanych szpiegów, zdobycie informacji o kimkolwiek na tym świecie nie stanowi najmniejszego problemu. Nie martw się, niczego nie zamierzam wykorzystywać przeciwko tobie. Konspiracyjnym mrugnięciem Helga dała Rossaline do zrozumienia, że wie o niej naprawdę dużo. O ile nie wszystko. - Czego więc ode mnie chcesz? – zapytała elfka. - Szukałam cię, ponieważ pragnę ci złożyć pewną propozycję. Chodź ze mną, wszystko wyjaśnię ci w drodze. Jest wiele do omówienia, lecz i daleka droga przed nami, skoro mamy podróżować pieszo. Chyba, że też potrafisz zmienić się w jakieś zwierze? W ptaka najlepiej? Ach, no tak, przecież elfy nie praktykują transformacji… Rossaline, moja droga, chodź, niebawem wszystkiego się dowiesz. - Skąd masz pewność, że przyjmę twoją propozycję? - Ponieważ – odparła Helga z błyskiem w oku. – to jest propozycja nie od odrzucenia.
niedziela, 28 listopada 2010
- Jak głosi historia, przed laty Królestwem Harmountu władał mądry i sprawiedliwy król Isolin, wraz ze swoją małżonką Elenor. Harmount był wówczas krainą, jak rzekłby poeta, mlekiem i miodem płynącą. Isolin nie prowadził wojen, szanował suwerenność plemienia Hakibu i wspierał jego dążenia do stania się odrębnym państwem. Podobną wolność na jego terenach zagwarantowaną mieli przedstawiciele Starszych Ras. Elfy miały swoje wolne królestwo, a góry Eregsaru w całości należały do krasnoludów. Kapłanki Wielkiej Bogini mogły liczyć na jego protekcję, przy czym nigdy nie ingerował w wewnętrzny ustrój Vernementon. Liczne sojusze i traktaty handlowe zapewniły mu poważanie innych władców i spokój na kontynencie. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Jednym słowem, złoty wiek! Niestety wszystko poszło w cholerę, gdy Elenor zachciało się romansu! Prawda, są tacy, którzy twierdzą, że już wcześniej zaczęło dziać się źle. Pojawiła się tajemnicza grupa buntowników, choć nikt nie wiedział przeciw czemu mogliby się buntować. Byli wśród nich rycerze i magowie, kilkoro elfów. Rebelie i akcje dywersyjne wybuchały w różnych częściach kraju, często wybawiając króla ze stolicy. Królowej tak się widać nudziło pod nieobecność męża, że znalazła pocieszenie w ramionach tajemniczego mężczyzny, o którym nikt nawet nie wiedział skąd pochodził. Nikt też nigdy nie poznał jego imienia, nawet sama królowa. Gorący był to romans! Elenor zupełnie straciła głowę, a na zamku aż huczało od plotek. Niektórzy twierdzili, że amant przybywał o pełni księżyca i odlatywał na skrzydłach niczym nietoperz. Inni utrzymywali, że widzieli go lecącego nocą na smoku. Byli i tacy, którzy głęboko wierzyli, że sam zmieniał się w smoka. Kilka lat później, wśród zgiełku spowodowanego wyjściem sprawy na jaw, pojawiły się spekulacje, jakoby maczał palce w wcześniej wspomnianych zamieszkach. Miał być ponoć dowódcą owej tajemniczej grupy, nękającej królestwo, po to aby zyskać bezpieczny dostęp do królowej, powić z nią syna i podstępem osadzić go na tronie. Nigdy nie pojawił się jednoznaczny dowód, lecz wszystko zdaje się to potwierdzać, bowiem jego plan wypełnił się w najmniejszych szczegółach. Elenor rzeczywiście zaszła w ciążę, choć zamkowe plotkary utrzymują, że była przy nadziei już podczas ostatniej schadzki z kochankiem. W tym czasie zniknęli zarówno rebelianci, jak i tajemniczy amant. Isolin nie posiadał się ze szczęścia, gdy w Królestwie Harmountu znów zapanował spokój, a droga małżonka urodziła bliźnięta, dwóch synów. Chłopcy od początku byli tak podobni do Isolina, że wszelkie plotki o romansie Elenor ucichły jak ręką odjął. Minęły trzy lata, po których królewska sielanka zaczęła zmieniać się w koszmar. Chłopcy, początkowo identyczni jak dwie krople wody, zaczęli różnić się pod każdym względem. Podczas gdy Rodfin był, jak ojciec, pucułowatym niebieskookim szatynem, włosy Tarhala stały się czarne jak smoła, a jego oczy, równie czarne, o wąskich pionowych źrenicach, przypominały oczy gada. Ponadto trzylatek zaczął zdradzać mordercze skłonności. Łapał szczury, biegające czasem po korytarzach i skręcał im karki. Rzucał kamieniami w przelatujące ptaki. Któregoś razu dorwał jednego z psów, które Isolin trzymał do polowań i obciął mu wszystkie łapy. Martwe zwierzęta znosił zawsze do łóżka brata. Służący twierdzili, że widzieli jak zjadał robaki, wygrzebane z ziemi. Trzyletnie dziecko budziło postrach na zamku, lecz miarka się przebrała, gdy Tarhal zabił swoją piastunkę. Nikt nie wie jak to zrobił, lecz kobietę znaleziono przy nim martwą, bez kropli krwi. Gdy król, z drobną pomocą życzliwych, którzy przypomnieli sobie plotki sprzed trzech lat, uświadomił sobie zdradę Elenor, postąpił jak prawdziwy mężczyzna i władca – posłał niewierną małżonkę na szafot. Nie miał wątpliwości, że Rodfin jest jego synem, Tarhala natomiast kazał porzucić w lesie, pewien, że dziecko nie przeżyje nawet jednej nocy. Oczywiście stało się inaczej. Tarhala odnalazł prawdopodobnie jego prawdziwy ojciec, ukrył, bogowie tylko wiedzą gdzie, i wychował na swoje podobieństwo. Gdy Rodfin rósł beztrosko pod okiem troskliwego Isolina, Tarhal i jego tajemniczy ojciec rośli w siłę. Minęło wiele lat. Król zestarzał się i uczynił syna współwładcą Harmountu, Rodfin zaś wyrósł na mężnego rycerza i godnego następcę tronu i poślubił piękną dwórkę Lethinie, która wkrótce poczęła jego dziecko. Wówczas powrócił przyrodni brat bliźniak. Marny był los Isolina i Rodfina. Tarhal wypędził starego i słabego już króla z Harmountu, brata zaś brutalnie zamordował na oczach ciężarnej żony. Ludzie mówili, że to demon, nie człowiek. Że władał czarną magią potężniejszą, niż można sobie wyobrazić. Mówili, że – tak jak niegdyś kochanek królowej – przyleciał na smoczych skrzydłach. Tarhal ogłosił się imperatorem, bezprawnie przejął tron, królestwo i młodą owdowiałą królową. Lethinie straciła dziecko, Isolin przepadł nie wiadomo gdzie, nie pozostał więc żaden prawowity władca. Królestwo Harmountu pogrążyło się w ciemności. - Doprawy, Helgo, pasjonująca i zarazem mrożąca krew w żyłach jest historia tego nieszczęsnego państwa, – powiedziała znudzona Elemen. – lecz przecież wszystkie doskonale ją znamy. Dlaczego nas tym zadręczasz? - Nie sądzę, aby rzeczywiście wszystkie z nas ją znały. – Helga spojrzała w stronę Tary i Lidory, dostrzegając wyraźne poruszenie obu czarodziejek. – Potraktujmy to jednak gwoli wstępu. Istotnie mogłybyśmy zupełnie się nie przejmować tym, co Tarhal wyprawia w Harmouncie, jednak jego plany sięgają daleko poza królestwo i niebawem zacznie zagrażać nam wszystkim. Krasnoludy w górach Eregsaru już utraciły swoje terytorium, niedługo to samo czeka elfy, których królestwo sąsiaduje przecież bezpośrednio z Harmountem. - Nie sądzę. – odparła Elemen z tajemniczym uśmiechem. Helga nie zwróciła na to uwagi. - Hakibu – kontynuowała – dopiero od niedawna szczyci się mianem księstwa. Tarhal jednak wciąż widzi w nich dzikie plemię i chętnie także ich ziemię włączyłby do swojego imperium. Harmount ma niesamowicie dogodne położenie, otacza Temogor niczym paszcza smoka i gotów jest w każdej chwili go pożreć. Ponadto od zachodu graniczy z Księstwem Vernion, od wschodu zaś, pomiędzy Temogorem i Królestwem Elfów, z Sogeną. Tam właśnie, na obszarze trzech wpływów, znajduje się Vernementon, w którym mieszkają kapłanki, same kobiety. Spójrzcie tylko na mapę. Tarhal zagraża nam wszystkim. - Nieprawda. – wtrąciła Roxanna. – Eadan, Gassnar i Anganga mogą czuć się bezpieczne. Do Harmountu jest stąd daleko. - Owszem, jednak gdy Tarhal podbije wszystkie państwa sąsiadujące, Eadan i Gassnar będą następne. Anganga zostanie na sam koniec, lecz nie sądzę, by ją sobie odpuścił, gdy będzie władał już całym kontynentem. Na razie zaproponował nam sojusz, a w zasadzie to tylko pakt o nieagresji. Gwarantuje nam bezpieczeństwo, lecz jednocześnie zabrania pomocy zbrojnej naszym sojusznikom, gdyby Harmount ich zaatakował. Odgard, mój mąż, chce go przyjąć. Oczy czarodziejek zwróciły się na Helgę. - Sojusz? Z Harmountem? – oburzyła się Sartre. – To po to przez tyle czasu opowiadasz nam, jakim to Tarhal jest potworem, żeby teraz powiedzieć, że podpisujesz z nim sojusz? - Spokojnie, kochanieńka. – Messalina jak zwykle zachowała pogodny uśmiech. – Helga z pewnością nie zaprosiła nas tu, aby się chwalić nowymi sojuszami. Gdyby każdy sojusz był okazją do zapraszania gości, bywałybyśmy tu zdecydowanie częściej. Helgo, kochaniutka, do czego zmierzasz? - Istotnie też chciałabym to wiedzieć. – ponagliła Elemen. - I ja też. – dodała Sartre. - Wszystkie chciałybyśmy. – powiedziała pojednawczo Roxanna. – Dajmy więc Heldze dojść do głosu. - Dziewczęta, spokojnie. – Helga zwróciła się do zebranych czarodziejek, jak do uczennic w Akademii. – Tak jak mówiłam, mam pewien projekt, który może zainteresować was wszystkie. Jednak bez niezbędnych wstępów nie zrozumiałybyście jego sensu. Przejdźmy więc do sedna. Harmount szykuje się do wojny. Nie wiemy jeszcze gdzie uderzy najpierw. Gassnarowi zaproponował sojusz, który mój mąż przyjmie… lub nie. – królowa uśmiechnęła się filuternie. – Zależy co mu w nocy szepnę do ucha. Wiecie jak to jest, prawda? Zdaje się – świat jest w rękach mężczyzn. I owszem, jest. Tylko wbrew pozorom mężczyźni to istoty słabe, które łatwo ulegają wypływom… pięknych oczu. Tudzież innych części ciała. Zauroczony mężczyzna zrobi wszystko, czego zażyczy sobie jego wybranka, zwłaszcza jeśli poprze to odpowiednimi… ekhm… argumentami. Co powinna robić kobieta? Leżeć i pachnieć, oczywiście. Tak jednak leżeć i tak pachnieć, aby wodzić mężczyznę za nos i aby wszystkie jego posunięcia, wszystkie decyzje, a nawet wszystkie myśli podporządkować własnej woli. W ten sposób to my, kobiety, sprawować możemy faktyczną władzę na tym świecie, pozwalając mężczyznom wierzyć, że nim władają i z ukrycia pociągając za sznurki. Ja na przykład chciałabym uniknąć wojny, która nikomu nie przyniesie nic dobrego. I tak właśnie możemy jej uniknąć. Wystarczy odpowiednio wpłynąć na kilku ważnych mężczyzn, stosując trochę kobiecych sztuczek i w razie konieczności odrobinę magii. To właśnie wam proponuję – realną władzę. W zamian musiałybyście poświęcić swój czas, swoją urodę, spryt i zdolności. Czasem także swoje osobiste szczęście. Sądzę jednak, że gra jest warta swojej ceny. Gdyby każda z was wybrała jednego mężczyznę, spośród władców wszystkich krajów kontynentu i została jego nieoficjalnym doradcą, czyli żoną, kochanką, przyjaciółką, kimkolwiek chcecie, byle wybranek was słuchał, razem decydować mogłybyśmy o losach tego świata i poprowadzić go do lepszej przyszłości, zyskując przy tym niemałe korzyści dla siebie samych. Proponuję wam założenie tajnego stowarzyszenia, pod moim, jako pomysłodawczyni, przewodnictwem, złożonego z samych wybitnych czarodziejek. Czy jesteście gotowe poprzeć mój pomysł? Helga rozejrzała się po komnacie, co chwila zatrzymując spojrzenie na którejś z czarodziejek, siedzących wokół stołu. Messalina wyraziła entuzjastyczne poparcie, Elemen uśmiechała się promiennie, pozostałe kobiety potakująco kiwnęły głowami. Czarodziejki nigdy się nie wahają, to wpajano im od pierwszych dni nauki w Akademii. Biorą życie w swoje ręce. Tego samego uczono silne kobiety plemienia Hakibu, to samo powtarzano od dziecka elfkom, które zawsze dostają to, czego chcą. Kapłanki wręcz odwrotnie, są odpowiedzialne za los innych, zawsze i wszelkimi sposobami realizują wolę Bogini. Wszystkie jednak czuły, że to jest ich powinnością i że, choć każda z nich jest inna, Helga utrafiła w samo sedno ich dążeń i pragnień. Królowa Gassnaru wiedziała o tym. - W takim razie tajne, magiczne stowarzyszenie uważam za otwarte. Stowarzyszenie Błękitnego Szafiru, który stanie się naszym symbolem i amuletem, zdobiącym nasze pierścienie. Dzięki niemu zawsze się rozpoznamy, choćby zmieniła się nasza postać. Szafir jest także kluczem, który otwiera wszystkie ukryte portale, prowadzące do zamku Drosrum. - Zamek Drosrum? Czy to przypadkiem nie ruina, zniszczona przed wiekami przez elfy? I na bogów, Helgo, o jakich ty mówisz portalach? – Roxanna wyraziła swoje zaniepokojenie. Helga uśmiechnęła się. - Zabrało mi to sporo czasu, ale odnalazłam i co najważniejsze, uaktywniłam wszystkie prehistoryczne portale, zapomniane przez setki lat. - Co zrobiłaś? – wykrzyknęła Sartre. – Badania nad portalami zostały uznane za śmiertelnie niebezpieczne i zabronione dekretem Akademii ponad sto lat temu! - Spokojnie, moja droga, mówiłam przecież, że Stowarzyszenie ma pozostać całkowicie tajne. Podobnie ze wszystkimi jego działaniami. Aktywowanie portali było konieczne, nie ma bowiem innego wejścia do zamku Drosrum. Tajne Stowarzyszenie potrzebuje odpowiedniej siedziby, ukrytej i niedostępnej, która w razie potrzeby zapewni nam bezpieczeństwo. Była to co prawda totalna ruina, ale już o to zadbałam. Brak pytań Helga skwitowała ponownym uśmiechem. - Pora na podział zadań. – kontynuowała. – Oczywiście nie podlega dyskusji, że królestwo Gassnaru biorę na siebie. Tarze proponuję pozostanie w Hakibu jako konkubina Kelekigdara. Lidoro, twoim celem będzie Rafrond, król Temogoru. Pod urok Elemen powierzam Noarda z Sogeny. Dla Messaliny i Roxanny przeznaczeni są książęta, Afmen z Angangi i Dymryk z Vernion. Sartre natomiast chciałabym zostawić blisko siebie, dlatego też wybrałam dla niej Eadan. Królowi Yaomirowi z pewnością przypadnie do gustu. Czarodziejki zdawały się być usatysfakcjonowane decyzją królowej. Helga zadbała o to, aby każda z nich żyła wciąż w swoich rodzinnych stronach lub możliwie jak najbliżej. Tylko Sartre, ambitna i zawsze pragnąca udowadniać, że jest najlepsza, nie wyglądała na zadowoloną. Ogień w jej kocich oczach wyrażał bezwzględny sprzeciw. - A co z Harmountem? – zapytała. – Czy nie jest to właśnie najważniejsze miejsce, o które powinnyśmy zadbać? Nad którym powinnyśmy mieć kontrolę? Czemu nie wyślesz tam żadnej z nas, skoro wyraźnie powiedziałaś, że to Tarhal najbardziej wszystkim zagraża? - Tarhal nie jest zwykłym królem. – odparła spokojnie Helga. – Uwieść, kontrolować i podporządkować sobie Tarhala, zostać jego kochanką nie wzbudzając podejrzeń i nie narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo, to specjalne zadanie, które wymaga wyjątkowej kobiety. Znalazłam na to miejsce wspaniałą kandydatkę. Sądzę, że moja propozycja wyjątkowo jej się spodoba. * * * Helga nerwowo przechadzała się po komnacie, stukając obcasami o kamienną posadzkę. Raz po raz podchodziła do otwartego na oścież okna i wyglądała na zamkowy dziedziniec, bębniąc czerwonymi i długimi jak szpony paznokciami o parapet. - Do ciężkiej cholery! – zaklęła – Już dawno powinna tu być! Pięć par starannie wymalowanych oczu zwróciło się w jej stronę. - Ależ Helgo! – zaszczebiotała jasnowłosa Elemen, elfka o urodzie dziecka. – Jakże tak możesz? Przecież damie nie przystoi… Helga prychnęła gniewnie i obdarzyła ja pogardliwym spojrzeniem. - Może damie – ironicznie zaakcentowała to słowo – nie, ale czarodziejce owszem. Za to spóźniać się nie wypada nikomu, a już czarodziejce w szczególności. Zapomniałam jednak, że Sartre nie może poszczycić się tym mianem. To zwykła wiedźma! Złośliwą tyradę przerwało delikatne pukanie. - Wejść! – zaordynowała Helga. Dwuskrzydłowe dębowe drzwi po przeciwnej stronie komnaty otwarły się z cichym zgrzytem. Służący w zielonej liberii wszedł i skłonił się nisko. - Wasza Wysokość, przybyła panna Sartre Evans. Helga przywołała na twarz najpiękniejszy ze swych fałszywych uśmiechów. - Wprowadź. – powiedziała głosem słodkim jak miód. Zapowiedziana Sartre dumnie wkroczyła do sali, powłócząc czerwoną jedwabną suknią, odsłaniającą ramiona. Miała obcięte tuż przy linii brody czarne włosy, naszyjnik z wielkich nieoszlifowanych rubinów na szyi i mocno ukarminowane usta. - Witaj Helgo! – powiedziała, nie siląc się na oficjalne tytuły. – Mam nadzieję, że nie kazałam na siebie czekać zbyt długo. - Ależ skąd, moja droga! – Helga przyłożyła policzek do jej twarzy i cmoknęła w powietrze. – Usiądź proszę, najwyższa pora zaczynać! Kobiety siedzące przy stole spoglądały na nią z napięciem. Sartre zajęła wolne krzesło. - No dalej, kochaniutka, wyjaw wreszcie po co nas tu zaprosiłaś. – zniecierpliwiła się Messalina, pulchna czarodziejka o kasztanowych puklach. - Ja również uważam, że najwyższy czas, abyśmy poznały twoje intencje. – zawtórowała jej Elemen. Helga uśmiechnęła się władczo i zajęła miejsce u szczytu stołu. - Zaczniemy od… krótkiej prezentacji. Żeby żadna z nas nie miała wątpliwości, kto jest kim i dlaczego się tu znalazł. – powiodła wzrokiem po zgromadzonych. – Jak wszystkie już zapewne wiecie, nazywam się Helga van Messeng i jestem królową Królestwa Gassnaru, żoną Odgarda Trzeciego. Ale jestem też wyszkoloną czarodziejką, adeptką i wykładowcą Akademii. Tam też poznałam połowę z was. Sartre, Massalinę i Roxannę. Czarodziejki potakująco kiwnęły głowami. Messalina uśmiechała się pogodnie, Sartre – wyniośle. Wyraz twarzy ciemnowłosej, zapiętej po szyję Roxanny pozostał nieodgadniony. Helga mówiła dalej: - Elemen – ruchem brody wskazała na elfkę. – miałam okazję poznać dawno temu, przy okazji podpisywania pewnego sojuszu. Z pozostałymi dwiema mam dziś zaszczyt widzieć się pierwszy raz. Tara pochodzi z plemienia Hakibu, które niedawno ogłosiło się księstwem. Jest jedną z konkubin księcia Kelekigdara oraz szamanką z wielopokoleniową tradycją. - Nasza kultura bardzo różni się od waszej. – przerwała jej Tara. Zgromadzone czarodziejki przyglądały się jej z nieskrywaną ciekawością. Miała skórę czarną jak heban i tej samej barwy włosy, spięte w wysoki kok. Ubrana była w skóry. Skórzana, beżowa przepaska wiązana na szyi, osłaniała jej piersi, pozostawiając nagi brzuch. Złoty pas na biodrach podtrzymywał długą cętkowaną spódnicę z głębokim rozcięciem. Ramiona powyżej łokci zdobiły kute złote naramienniki, a w uszach błyszczały długie złote kolczyki. Wyglądała jak wojowniczka z dzikiego plemienia, którą w pewnym stopniu była. Wrażenie dzikości potęgowały oczy, mocno obrysowane czarnym węgielkiem. - U Hakibu – kontynuowała. – nie istnieje ktoś taki jak żona. Mężczyźni maja konkubiny, biorą ich sobie ile chcą. Mamy jednak różne rangi. Ja jestem pierwszą konkubiną Kelekigdara, co daje mi władzę nad jego pozostałymi kobietami. Nie ma u nas także czarodziejek. Jest szamanka, która włada zaklęciami, ma wiedzę o ziołach i rozmawia z bogami. Jedna w całym plemieniu, jedna na pokolenie. Szamanką była moja matka, moja babka i prababka. To wielki zaszczyt. Nie mieszkamy w takich pałacach jak wy, nie jadamy przy takich stołach. Nasze kobiety nie treflą włosów, tylko uczą się walki jak mężczyźni. Ale jesteśmy bardzo młodym księstwem i większość wciąż ma nas za dzikie plemię. - Poniektórzy mają podobne zdanie o elfach. – odparła lekko Elemen. Była bez wątpienia najpiękniejszą i najlepiej ubraną kobietą w towarzystwie. Gładkie jak len włosy barwy najczystszej platyny upięte miała w misterny koczek, ozdobiony różową lilią. Ubrana była w delikatną jak mgła muślinową suknię z krótkim okrągłym rękawkiem i głębokim dekoltem, idealnie pasującą odcieniem do kwiatu we włosach. Na łabędziej szyi i mlecznobiałych przegubach skrzyły się diamenty. Nikomu patrzącemu na Elemen nawet nie przeszłoby przez myśl, że elfy mogłyby być dzikim ludem. Helga spojrzała na nią z wdzięcznością. - Nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić ostatnią z nas. – Spojrzała na najmłodszą, złotowłosą dziewczynę w błękitnej szacie kapłanki. Pomiędzy brwiami miała wytatuowany niebieski półksiężyc. – Swojego czasu wysłałam wiadomość do Najwyższej Kapłanki Vernementon, opisującą mój projekt, który za chwilę poznacie. Poprosiłam o wybranie przedstawicielki zgromadzenia: młodej, lecz już nieco doświadczonej w magii, uzdolnionej i pięknej. Na początku pomyślałam oczywiście o samej Najwyższej Kapłance, lecz nie sądzę, aby jej codzienne obowiązki pozostawiały dość wolnego czasu. Rozumiem, Lidoro – zwróciła się bezpośrednio do dziewczyny. – że to ty jesteś tą wybranką? - Tak, Wasza Wysokość. - Och, darujmy sobie tytulaturę. Tutaj wszystkie jesteśmy równe. Jesteśmy czarodziejkami. Przyjaciółkami. Ciemnowłosa Roxanna parsknęła drwiąco. Messalina w odpowiedzi wyszczerzyła idealnie białe zęby. - Dokładnie kochaniutka – zwróciła się do Lidory. – Wszystkie jesteśmy takie same. Ot, wyjątkowo piękne kobiety z wyjątkowymi zdolnościami. Elemen zaśmiała się perliście. - Moje drogie, dosyć! – przerwała im Helga. – Już dość czasu straciłyśmy, a mamy mnóstwo do uzgodnienia. Posłuchajcie mnie wszystkie dokładnie. Zapadła cisza. Wszystkie spojrzenia zwróciły się na królową Gassnaru, siedzącą dumnie u szczytu stołu. c.d.n.* (*Musiałam podzielić, gdyż całość okazała się za długa na 1 wpis.)
sobota, 27 listopada 2010
Sophie stała ukryta w gęstych zaroślach. Sparaliżował ją strach, jakiego nigdy dotąd nie doznała. To, co widziała, gorsze niż wszystkie zasłyszane historie i wszystkie senne koszmary, odebrało jej zdolność wydania jakiegokolwiek dźwięku. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą klęczał nad strumieniem jej narzeczony, stał niewysoki kurhan, gęsto porośnięty przylaszczką. W przeciwnym kierunku oddalała się smukła i ulotna jak zjawa postać. Sophie wciąż nie mogła uwierzyć, że ta ognistowłosa piękność okazała się nie kochanką, a morderczynią. Gdy usłyszała, że Robert wybiera się nocą do lasu, nie wahała się ani chwili. Postanowiła go śledzić. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że osłona nocy i cienie drzew mają skryć jego schadzkę z kochanką. Nawet specjalnie jej to nie dziwiło. Choć za złotym warkoczem Sophie uganiali się wszyscy chłopcy we wsi i choć uważali ją za najpiękniejszą z dziewcząt, żaden ani myślał marzyć o jej wdziękach. Nawet Robertowi, choć zgodziła się oddać mu swą rękę, nie wolno było jej tknąć. Sophie z uniesioną głową znosiła śmiechy i pogardliwe spojrzenia innych dziewcząt, lecz słowo „cnotka” ciągnęło się za nią jak cień. Robert nie jeden raz próbował namówić narzeczoną na figle w stogu siana, ona jednak zawsze wymawiała się, iż przyjdzie na to czas po ślubie. Dobrze wiedziała, że bardzo niewielu zakochanych czekało do tego momentu. Prawie wszystkie znane jej pary folgowały sobie aż miło. Dziewczęta z radością oddawały się swoim – i nie tylko swoim – kawalerom, by następnie z dumą opowiadać, który to pokusił się na ich wdzięki. Choć obyczajność nakazywała czystość aż do małżeńskiej alkowy, dziewictwo było piętnem, które sugerowało, że ta oto dziewczyna jest od innych gorsza i żadnemu młodzieńcowi nie zawróciła w głowie. W przypadku Sophie nie było to prawdą. Sophie po prostu nie chciała i – przynajmniej do czasu ślubu – uważała to za swoje święte prawo. Ale Robert był mężczyzną, a mężczyźni mają swoje potrzeby, przypuszczała więc, że mógłby szukać pocieszenia gdzie indziej. Nie chodziło tu nawet o to, że była zazdrosna. Wręcz przeciwnie, byłaby całkiem zadowolona, gdyby jakaś inna kobieta zwolniła ją z tej, jak sądziła, przykrej powinności wobec przyszłego męża. Problem w tym, że Robert był zbyt dobrą partią. Chłopak z szanowanej rodziny, przystojny, bogaty. Jako najstarszy syn Abelarda Gratssona miał niebawem odziedziczyć młyn i spory kawał uprawnej ziemi. Niejedna panna marzyła, aby zostać panią Robertową Gratsson i wieść życie w dostatku. A wszystkie bystre dziewczęta wiedziały, że najprostsza droga do serca mężczyzny wiedzie przez jego spodnie. Sophie nie mogła pozwolić, aby którakolwiek z nich zaczęła rozpowiadać we wsi, że spędziła noc z jej narzeczonym, a już tym bardziej, aby powiła mu dziecko. Honorowy Robert poślubiłby wówczas tę dziewczynę, a Sophie nigdy nie osiągnęłaby wymarzonej pozycji żony. Kiedy więc powzięła podejrzenia o zdradzie, postanowiła osobiście dopilnować wierności narzeczonego. Początkowo wszystko zdawało się potwierdzać jej przypuszczenia. Robert, nieświadomy podążającej jego śladem Sophie, zatrzymał się i uwiązał konia przy strumieniu. Sophie skryła się w zaroślach. Konia zostawiła w przydomowej zagrodzie, nie chcąc by stukot kopyt ją zdradził. Przycupnęła za gęstym, wysokim krzewem i przez szpary miedzy liśćmi przyglądała się poczynaniom chłopaka. No proszę, pomyślała, kiedy Robert zaczął rozpinać koszulę. Jaki bezpośredni! Lada moment pewnie zjawi się jego kochanka! Jakby na potwierdzenie jej domysłów, nie wiedzieć skąd, za plecami Roberta pojawiła się kobieta. Sophie widziała zaledwie burzę ciemno-rudych włosów, lecz od razu wiedziała, że nie jest to żadna ze znanych jej dziewcząt. Już miała przeszkodzić domniemanym kochankom, gdy zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Następne wydarzenia potoczyły się z taką prędkością, że Sophie nie była w stanie ich od siebie oddzielić. Stojąc sparaliżowana strachem i patrząc jak przez mgłę, zrozumiała tylko, że rudowłosa kobieta zabiła Roberta. Później, gdy wielokrotnie rozpamiętywała te chwile i zaczęła kojarzyć fakty, uświadomiła sobie, że to musiało być jedno z tych legendarnych, stworzeń, żywiących się ludzką krwią, o jakich w dzieciństwie opowiadała jej babka. Z każdym wspomnieniem coraz dokładniej widziała ostre białe zęby, zatapiające się w karku jej narzeczonego i ściekającą z nich krew. W tej chwili jednak była zbyt przerażona i nawet zagadkowe pojawienie się kwiecistego kurhanu nad ciałem Roberta, nie uzmysłowiło jej, że ma do czynienia z istotą nieśmiertelną. Sophie długo kryła się wśród krzewów. Zjawa o ognistych włosach odeszła, znikła między drzewami, lecz dziewczyna nadal nie miała odwagi opuścić swej kryjówki. W tej chwili aż za dobrze rozumiała mroczną mowę lasu. Wyczerpana strachem i przeżyciami, których ludzka dusza nie potrafiła udźwignąć, zasnęła skulona wśród mchu i obudziły ją dopiero pierwsze promienie wschodzącego słońca. Na liściach osiadła rosa. Sophie, zmarznięta i mokra, z trudem przypomniała sobie jak znalazła się w lesie i co wydarzyło się tej nocy. Przedarła się przez kłujące zarośla i upadła na kolana przed porośniętym przylaszczką kurhanem. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na krzyk. Długi, rozdzierający, mrożący w żyłach krew. Krzyk nie przerażenia, lecz dzikiej, niepohamowanej wściekłości. I dopiero ten krzyk zbudził uśpiony las, spłoszył śpiące na drzewach ptaki i przegnał upiory. Dziki Las znów stał się znajomy, zwyczajny. Nawet kurhan Roberta zdawał się być tu na właściwym miejscu. Tylko Sophie nie była. - Krwiopijca! – krzyknęła – Ty plugawa córo diabła! Odebrałaś mi wszystko, o czym całe życie marzyłam! Wszystko! Moją jedyną szansę! Odebrałaś mi… moje życie! Nie wybaczę ci tego. Przysięgam na wszystko, co święte i wszystko, co przeklęte, na wszystkich bogów i wszystkie demony, że pomszczę śmierć Roberta. Pomszczę moją krzywdę! Choćby miało mi to zabrać całe życie, znajdę cię i zabiję. Zabiję, słyszysz?! Przysięgam! A Dziki Las słuchał i wierzył w każde jej słowo. * * *
piątek, 26 listopada 2010
Czarno odziana postać, niczym drapieżny ptak, przykucnęła na konarze drzewa, wypatrując ofiary. Zapadał zmierzch i choć mogłoby się wydawać, że w lesie robiło się cicho, ten dopiero zaczynał żyć własnym życiem. Czasem pośród szelestu poruszanych wiatrem liści dało się słyszeć złowieszcze pohukiwanie puchacza i krakanie kruków, to znów odległe wycie kojota przebijało się przez zasłonę ciszy, zapowiadając, iż właśnie wyruszył podjąć swój odwieczny taniec śmierci. Echa leśne nuciły wieczne kołysanki i opowiadały pradawne historie, zbyt straszne, by znieść mogły światło dnia. Bajały o niepodobnych do niczego mieszkańcach gęstwiny, o duchach i zjawach, o prehistorycznych wojnach, które zrosiły krwią żyzne ziemie Harmountu i przedwiecznych zapomnianych bogach, którzy z ukrycia wciąż władali tą ziemią. Uciekaj wędrowcze, syczały gałęziami stare topole, uciekaj póki nie jest za późno! W nocy las nie jest tym samym lasem, ani strumyk tym samym strumieniem. Uciekaj jeźdźcze, skrzypiały dębowe konary, opuść miejsce, które nie należy już do twojego świata! Zginiesz wśród dziwów i demonów, o jakich ci się nawet nie śniło. Nie jesteś bezpieczny w puszczy po zmroku. Uciekaj, bo po zmroku budzą się upiory! Samotny jeździec, podążając wąską ścieżką w stronę strumienia, nerwowo rozejrzał się dookoła. Ani myślał uciekać. Bywał w Dzikim Lesie nie raz i nie dwa, znał jego zarośla jak własną kieszeń i czuł się zbyt dumny, aby odczuwać strach. Starzy ludzie w wiosce go przestrzegali. Strzeż się lasu, mówiła Branna, babka jego narzeczonej. Już niejeden śmiałek wyprawił się w gęstwiny po zmroku i nigdy nie powrócił. Robert, choć z pokorą wysłuchiwał rad starej zielarki, drwił w duchu z wiejskiej zabobonności. Polowania w Dzikim Lesie, odkąd tylko nauczył się dosiadać konia, były jego ulubioną rozrywką. Jednak jak wielu młodych, szybko znudził się tym co znane i spragniony mocnych wrażeń, udał się do lasu po zmroku. To była wyjątkowo ciemna noc. Księżyc w nowiu, niewidoczny na czarnym niebie, nie mógł oświetlić mu drogi. Nikłe światło gwiazd, choć pozwalało dostrzec grube pnie drzew, płatało figle ludzkim niewprawnym oczom. Młodzieniec zadrżał, słysząc szmer kołyszących się liści. Chłodny podmuch zjeżył mu włosy. To tylko wiatr, pomyślał. Prowadząc na lejcach gniadą klacz, ruszył w kierunku strumyka. Przekonany, iż w śpiącym lesie nie ma co szukać rozrywek polowania, postanowił wykąpać się w chłodnej, przejrzystej wodzie. Uwiązał konia przy karłowatej brzozie i pogwizdując, zaczął rozpinać skórzaną kamizelkę, nieświadom śledzącego go wzroku. Zaledwie kilka stóp wyżej, na konarze olbrzymiego dębu, niezauważona czaiła się ognistowłosa postać w czarnym stroju. Jej oczy, płonące żądzą, drapieżne i przenikliwe, śledziły każdy ruch mężczyzny, przybyłego do strumienia. Widziała jego płowe włosy i osmaloną słońcem skórę. Nie był ani przystojny, ani szczególnie męski. Całe szczęście, że to nie rycerz, pomyślała Rossaline. Całe szczęście, bo mogłyby być kłopoty. Patrzyła jak jeździec zdejmuje kamizelkę i mocuje się z rzemiennym zapięciem koszuli. Widziała chłopca, wciąż jeszcze chłopca, który miał przed sobą całe życie. - Ale jakie to życie? – szepnęła do siebie. – Na zapchlonej wsi! Szybko jednak zreflektowała się, świadoma, że nawet ludzie, ta obca, wciąż zadziwiająca rasa, mają prawo do istnienia. Czy w zamku, czy w zagrodzie, nie powinno ją to obchodzić. Jednak głód był silniejszy. Nie możesz znów tego zrobić, powtarzała w myślach. Pozwól temu chłopcu odejść w spokoju. - Nie potrafię! O Bogini, nie potrafię! To silniejsze ode mnie. – odpowiadała na głos, lecz wciąż niesłyszalna dla młodzieńca. – Tak, on ma prawo żyć. Ma prawo żyć w swojej wiosce, w mieście czy w pałacu. Choćby i wieży! Ale teraz jest u mnie! W lesie, w którym drzemie pradawna moc. Moc moich przodków! Rossaline, ośmielona wibrującą magią, pochyliła się na drzewie gotowa go skoku. Chłopiec wciąż szarpał wiązania swojej koszuli. To już ostatni raz, pomyślała elfka, napinając mięśnie i wytężając wzrok. To już naprawdę ostatni raz. Szybkim, płynnym ruchem dała susa w dół, bezszelestnie lądując za plecami ofiary. Robert nie zdążył się odwrócić. Nie zdążył zobaczyć alabastrowo białej skóry, płomiennych włosów ani bursztynowych, bezdennych oczu swojej zabójczyni. W ostatniej sekundzie świadomości, nim sparaliżował go wampirzy jad, zdołał jedynie pomyśleć, że jednak stara Branna miała rację. Ta wiedza nie mogła go już uratować. Rossaline wbiła ostre jak sztylet zęby w kark Roberta i sycąc się gorącą, czerwoną krwią patrzyła, jak uchodzi z niego życie. Gdy minęła początkowa ekstaza, elfka poczuła wielki żal. Znów to zrobiłam! Znów nie udało mi się opanować tego potwornego instynktu. Ilu jeszcze niewinnych zginie przez tą straszną klątwę? - Nie zasłużyłeś na taką śmierć. – powiedziała, spoglądając na pozbawionego życia Roberta. – Nie mogę cofnąć swojego uczynku, ale mogę przynajmniej dać Ci godny pochówek. Z oczyma pełnymi łez, jednym prostym zaklęciem usypała niewielki kurhan, przykrywający ciało swojej ofiary. Kolejne wystarczyło, aby kurhan obrósł dzikim kwieciem i skrył na zawsze jej zbrodnię przed wszystkimi, zapuszczającymi się do Dzikiego Lasu. - Niech bogowie mają twoją duszę w opiece. – z tymi słowami na ustach odwróciła się i odeszła przed siebie, byle jak najdalej od strumienia, jak najdalej od lasu. Na granatowoczarnym niebie wciąż skrzyły się gwiazdy. - To był naprawdę ten ostatni raz. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Charytatywnie
Ekologicznie
Literackie
Odwiedzane blogi
Pogaństwo i magia
Sklepy internetowe - rękodzieło
Tu kupisz moje prace
Wegetariańskie
|