Kim była Ginewra?
Ginewra, Guinewra, Gwenifer, Gwenhwyfar (ang. Guinevere). Była najpiękniejszą kobietą średniowiecznego świata, żoną króla Artura, królową Camelotu. Ginewra była córką Leodegrance'a, Artur poślubił ją w ramach sojuszu zaraz po swojej koronacji. W niemal wszystkich wersjach legendy arturiańskiej przedstawiana jest jako bezdzietna, bezpłodna. We wczesnej młodości Ginewra pobierała nauki w klasztorze w Glastonbury, wspólnocie założonej przed wiekami przez Józefa z Arymatei na tej samej wyspie, na której znajdował się mityczny Avalon. Była gorliwą chrześcijanką, z którą los obszedł się okrutnie - została porwana i brutalnie zgwałcona przez przyrodniego brata Malganta; poślubiła mężczyznę, który był wspaniałym mężem i królem, ale jednak nie potrafiła go pokochać ani dać mu dziedzica, choc całe życie bardzo pragnęła dziecka. Jak grom z jasnego nieba spadła na nią nieszczęśliwa, choć odwzajemniona miłość do najlepszego przyjaciela i najwierniejszego rycerza swojego męża - Lancelota z Jeziora, syna Pani Jeziora, Vivianny, najwyższej kapłanki Avalonu. Ich miłość była przekleństwem, oboje zdradzili swojego króla, Lancelot został ożeniony z dziewczyną, której nie kochał, a gdy ich romans się został wykryty, zabił swoich wcześniejszych przyjaciół i stanął do walki nawet z Arturem. Ginewra zakończyła życie w klasztorze.
Nie wszystkie wersje legendy zgodnie przedstawiają wydarzenia w ten sposób, jednak ja posłużyłam się tą wersją, którą zaadaptowała Marion Zimmer-Bradley na potrzeby książki "Mgły Avalonu" (o tej książce już niedługo).
Imię Ginewra jest pochodzenia celtyckiego. W różnych krajach występuje w różnych formach, z których kilka przytoczyłam na początku. Ale formy imienia Ginewra to także Gwen (np. Gwen Stefani), Gwyneth (np. Gwyneth Paltrow), Ginny (Ginny Weasley w książkach o Harrym Potterze), Jennifer (np. Jennifer Lopez). Wnioskując z tego także Yennefer, bohaterka sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, swoje imię zawdzięcza pięknej królowej Camelotu.
Dlaczego Ginewra?
Nieodłącznej cechy Ginewry, jej legendarnej urody, Matka Natura mi niestety poskąpiła. No, może nie tak całkiem ;) Może z moją bladą cerą w czasach średniowiecznych też byłabym pięknością, ale XXI wiek preferuje niestety kolor czekoladki, mocno spieczonego smażonego kurczaka czy też dojrzałego buraczka. Nie czuję też przemożnej potrzeby umieszczania w rolach męża i kochanka dwóch zupełnie różnych mężczyzn. Jeśli silić się na romantyczne literackie porównania to owszem, mam swojego Lancelota (o ileż to lepiej brzmi, niż "swojego Romeo"!), jednak - na szczęście - nie istnieje żaden król Artur, którego musiałabym z nim zdradzać.
Ginewra była rozdarta. Nie tylko między wiernością mężowi a miłością do Lancelota. Była rozdarta między tym, w co nauczono ją wierzyć i tym, co nazywano grzechem, a w co nie sposób było nie uwierzyć. Miedzy Bogiem a Boginią, realnym światem a magią. Nie była jak Morgana czy Vivianna czarodziejką, nie miała Wzroku ani mocy rozpędzania Mgieł. Jednak pewnego razu przedarła się przez Mgły, zobaczyła skrawek Avalonu i choć gorąco pragnęła być dobrą chrześcijanką, nigdy już nie potrafiła uznać, że Wyspa Jabłoni nie jest prawdziwa a magia nie istnieje.
I pod tym względem jestem jak ona. Jest coś, w co nauczono mnie wierzyć i jest świat za mgłami, w który nie potrafię nie uwierzyć, ku któremu skłania się moje serce. W to, że boskość może mieć także pierwiastek żeński. Że magia to naginanie rzeczywistości według swojej woli. Że istnieją na świecie rzeczy, o jakich się filozofom nie śniło.
A jak to się przekłada na moją twórczość? O tym, mam nadzieję, przekonacie się już niebawem. Niech ten blog wreszcie pokaże prawdziwą mnie.