Zacznę może o tego, że nie uważam, żeby tak modne obecnie wieczory panieńskie i kawalerskie były czymś dobrym. Sama nie zamierzam kultywować tej amerykańskiej tradycji, a mój Narzeczony na szczęście podziela moje zdanie. Po pierwsze dlatego, że nie pozwala mi na to mój patriotyzm - mamy wystarczająco dużo naszych rodzimych, polskich tradycji. Amerykanizacji społeczeństwa, nawet w takich "drobnych kwestiach" mówię stanowcze NIE! A po drugie dlatego, że owe paniańskie i kawlarskie wieczory są rzekomo "pożegnaniem" z wolnością. Ja bynajmniej z moją wolnością nie zamierzam się żeganać. Jestem wolnym człowiekiem, nie zmienia tego fakt bycia w związku od ponad 6 lat i małżeństwo również tego nie zmieni. Ślub to nie pakt z diabłem, a małżeństwo to nie więzienie. Każdy może stracić w małżeństwie wolnosć tylko o tyle, o ile sam się jej pozbawi - ale przecież w każdym związku, także "luźnym" można stać się niewolnikiem drugiej osoby. Tylko na własne życzenie. Dla mnie wolność jest podstawowym prawem, z którego nie zamierzam rezygnować. Moja dusza jest wolna i taka pozostanie, dlaczego więc miałabym z czymkolwiek się żagnać przed ślubem? "Ostatnia noc wolności"? Będzie dopiero wówczas, gdy nastąpi ostatnia noc mojego życia.
Jednak wbrew swoim przekonaniom musiałam wybrać się na taki wieczór, gdyż 30 lipca siostra mojego Ukochanego wychodzi za mąż, a jej ta amerykańska tradycja zdecydowanie się podoba. Nie lubię jednak prezentów ani innych gadżetów z erotycznym podtekstem (powód? tu również mogłabym strzelić wywód o poważnym traktowaniu seksu, który nie jest zabawką ani towarem marketingowym), dlatego też przyszła Panna Młoda w prezencie dostała ostatnio pokazane kolczyki. Impreza organizowana była w stylu lat 50' i 60', a my - uczestniczki przebrane byłyśmy za pin up girls (nie mam jeszcze żadnych zdjęć), jako dodatek do prezentu zrobiłam więc scrapbookingową karteczkę nawiązującą do tej stylistyki :)


