Blog jest projekcją mojej rzeczywistości. Między wierszami kryje się prawda o tym, jaka jestem.

Wpisy z tagiem: pogaństwo

poniedziałek, 02 stycznia 2012

tajemnice słowian  Autor - Leszek Matela

Tytuł - "Tajemnice Słowian"

Wydanie - Studio Astropsychologii, Białystok 2006.

Ilość stron - 242.

Opis z okładki:

Książka ukazuje tajemnice Słowian i ich miejsc mocy. Autor przedstawia tajemniczą wiedzę i osiągnięcia Słowian, szczególnie zamieszkujących terytorium Polski. Ukazuje ich fascynujący świat, zwyczaje, obrzędy i rytuały. Prezentuje tez możliwości praktycznego wykorzystania w codziennym życiu spuścizny Słowian, wypływającej z ich znajomości przyrody i jej mocy leczniczych. Książka jest też przewodnikiem po słowiańskich miejscach kultu.

*   *   *

Jestem z siebie dumna, bo to pierwsza tego typu - czyli popularnonaukowa - książka, którą przeczytałam całą, od deski do deski. Na początku trochę źle się do niej zabrałam, bo założyłam, że wiedzę trzeba sobie dawkować w niewielkich, łatwo przyswajalnych ilościach. "Tajemnice Słowian" wypożyczyłam w czerwcu, przeczytałam wstęp i pierwszy rozdział pt. "Skąd wzięli się Słowianie i ich mowa", odłożyłam i zajęłam się tym, co lubię zdecydowanie bardziej, czyli czytaniem powieści. Dopiero jesienią przypomniałam sobie, że książka Leszka Mateli wciąż leży na mojej półce. Przeczytałam rozdziały o słowiańskim modelu świata, bogach, boginiach, demonach i duszkach. I tu muszę przyznać, że dawkowanie wiedzy byłoby jak najbardziej wskazane, gdyż... nie zapamiętałam wszystkich. W tym momencie znowu więc książkę odłożyłam, aby czytać powieści. I pracować, bo niestety przez całą jesień, a także w grudniu miałam bardzo mało czasu na czytanie. Do lektury "Tajemnic Słowian" wróciłam w czasie świąt i tym razem już dałam się wciągnąć w ten pasjonujący świat.

Książka jest naprawdę ciekawa, napisana bardzo przystępnym językiem, a przy tym bardzo rzetelna, bo autor opiera się zarówno na źródłach piśmienniczych (kroniki), wykopaliskach archeologicznych, literaturze, legendach, a także badaniach z dziedziny geomancji i radiestezji. Oprócz wyczerpującej genezy plemion słowiańskich i opisu ich wierzeń, w książce z znajdziemy także wiele interesujących informacji - historia i analiza posągu "Światowida" z rzeki Zbrucz, Księgi Welesa, przegląd słowiańskiego kalendarze, świąt, obrzędów. Znaczna część poświęcona jest związkom Słowian z przyrodą. Autor opisuje ich święte drzewa, ich symbolikę i oddziaływanie. Prowadzi nas przez życie codzienne dawnych Słowian, wraz z przeglądem ich kuchni - tutaj sympatyczną ciekawostką są przepisy na chleb na zakwasie, zupę piwną oraz kwas chlebowy do picia. Z książki dowiemy się w jakich domach mieszkali Słowianie, jakie nosili stroje, ozdoby, amulety, z czego wróżyli...

Najciekawsza moim zdaniem część książki Leszka Mateli traktuje o słowiańskich miejsca mocy. Zdziwiło mnie takie określenie. Dlaczego miejsca mocy, a nie miejsca kultu? Autor tłumaczy więc co to są miejsca mocy, a także w jaki sposób się je lokalizuje i bada, np. przy użyciu różdżki radiestetycznej. Zawsze wydawało mi się, że takie sprawy można włożyć między bajki. Leszek Matela jednak, pisząc o takich rzeczach jak promieniowanie mierzone w jednostkach Bovisa, przekonał mnie, że niekoniecznie. "Tajemnice Słowian" prowadzą nas więc przez słowiańskie miejsca mocy, od najbardziej znanych jak Łysiec (Łysa Góra, dziś Święty Krzyż) czy Ślęża, po o wiele mniej oczywiste, zarówno w Polsce jak i poza jej granicami.

Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę książkę, ponieważ - choćbyśmy byli nie wiadomo jak bardzo pobożnymi chrześcijanami - mowa jest o naszych przodkach, a:

"Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest,

swoje - obowiązek."

[Zygmunt Gloger]

Ponadto książka jest bogato ilustrowana, nie tylko zdjęciami czarno-białymi, ale i kolorowymi, co jest jej ogromną zaletą. Ukazuje także, że echa wielu dawnych słowiańskich zwyczajów przetrwały do dziś. Po przeczytaniu "Tajemnic Słowian" postawiłam sobie za cel wyprawę na Ślężę i Święty Krzyż, nie tylko po to, aby zobaczyć, ale też, aby poczuć energię tych miejsc. Pamiętam, jak zawsze śmiałam się, że piątek trzynastego to nie żaden pechowy dzień, tylko czas sabatu czarownic na Łysej Górze. W tym roku wypadają aż trzy piątki trzynastego - teraz w styczniu, potem w kwietniu i lipcu. Może w któryś z nich sporządzę maść na latanie (na którą Leszek Matela również podaje "przepis"), wsiądę na miotłę i polecę na Łysą Górę tańczyć przy świetle księżyca? ;) Ktoś leci ze mną? ;)

niedziela, 31 lipca 2011

Czuję się poganką i czuję jak to wrasta we mni coraz głębiej. Jednak zaniedbałam się trochę w tym względzie, przestałam czytać, poszukiwać, rozmyślać - jednym słowem doskonalić się. Przez ostatni natłok zdarzeń - moje urodziny, wesele Kasi i Sławka i towarzyszące im zamieszanie - omal przegapiłabym jedno ze świąt, czy mówiąc innymi słowy jeden z większych sabatów. lugnasadh

Lugnasadh, zwane inaczej Lammas - święto to przypada na noc z 31 lipca na 1 sierpnia, czas pierwszych zbiorów, kiedy to zasadzone wiosną rośliny owocują i wydają plony. Nazwa Lammas pochodzi z języka anglosaskiego i oznacza Święto Chleba. Jego celtycka nazwa - Lugnasadh - nawiązuje do boga Słońca imieniem Lugh. Jest to czas, aby odwiedzić pola i sady i zjednoczyć się z przyrodą. Świąteczny posiłek jest darem natury. Tradycją Lammas jest plecienie pszenicy, wykonywanie zbożowych wianków i kukiełek. Lammas  to także odchodzące Słońce, które musi teraz ustąpić miejsca ciemności, pierwszy krok w stronę końca lata, a nadchodzącej jesieni. Ścięcie ostatniego snopka oznaczało śmierć boga ziaren; formowano z niego kukłę symbolizującą Matkę Ziemię, którą dekorowano szkarłatnymi wstęgami reprezentującymi Frigg - nordycką Matkę Światła. Kukłę tę wieszano nad kominkiem i przechowywano do następnej wiosny. 

Myślę, że na poziomie symblicznym Lammas to czas "żniw" w znaczeniu przenośnym - czas zbierania owoców swojej pracy, dostrzegania konsekwencji swoich czynów i postanowień. Od pół roku obiecuję sobie, że następne święto potraktuję już w pełni poważnie, spróbuję odprawić jakiś mały, prywatny rytułał lub przynajmniej jego wizualizację w wyobraźni. Wciąż coś staje temu na przeszkodzie i wciąż nie jestem gotowa. Wciąż jestem tylko adeptką, niestety taką, która opuściła się w nauce. Czas się poprawić. Dziś świętowałam, z dwudniowym opóźnieniem, swoje urodziny. Z Narzeczonym, mamą, rodzeństwem i dwójką znajomych, przy torcie, ciasteczkach i szampanie. Niech będzie to chociaż taka namiastka.

Tagi: pogaństwo
23:11, angellek89 , Pogaństwo
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 lipca 2011

trzy kolory bogini  Autor - Anna Kohli

Tytuł - "Trzy kolory Bogini"

Wydanie - Wydawnictwo eFKa, Kraków 2007. Seria boginiczna

Ilość stron - 260.

Opis z okładki:

Anna Kohli napisała pasjonującą opowieść o potężnej Bogini, którą ludzi czcili od początku dziejów, i o jej nieprzerwanej obecności w naszym życiu. Autorka z detektywistycznym zacięciem odsłania ślady zdetronizowanej Bogini i opowiada o próbach usunięcia jej z ludzkiej świadomości. "Trzy kolory Bogini" to efekt wielu lat badań, podróży do miejsc przedchrześcijańskich kultów i zadawania niewygodnych pytań. Twarz Czarnej Madonny, herb twojego miasta, baśń i ludowa przyśpiewka - dzięki tej książce wszędzie odnajdziesz Boginię.

*  *  *

Przyznam się szczerze, że nie doczytałam książki do końca. Wypożyczyłam ją z Biblioteki Śląskiej, termin upłynął, ktoś zarezerwował i nie mogłam przedłużyć, więc oddałam nie dokończywszy. Nie jest to bowiem książka, którą można przeczytać szybko i za jednym zamachem. "Trzy kolory Bogini" to pozycja popularnonaukowa, religioznawcza. Autorka przedstawia na jej kartach wierzenia ludzi na naszym kontynencie z czasów przedchrześcijańskich. Opowiada o najprzeróżniejszych boginiach. odnajduje ślady ich kultów w etymologii i semantyce nazw miast, wiosek, pasm górskich i poszczególnych szczytów, rzek. Ukazuje ich ukryte oblicza w symbolice, heraldyce, w szczególności zaś w legendach, sagach i ludowych opowieściach z różnych regionów. Autorka - badaczka odkrywa prawdę o nigdy nie istniejących chrześcijańskich świętych, na których pozycje zostały zepchnięte pogańskie boginie. Cóż, o tym, że św. Brygida nie była żadną fundatorką kościołów, a staroceltycką boginią ognia, wiedziałam od dawna. Jest to fakt raczej znany i każdy możne znaleźć taką informację w pierwszej lepszej wyszukiwarce internetowej. Ale, żeby podobnie było ze świętą Katarzyną? Barbarą? Małgorzatą? Te stwierdzenia są zaskakujące i mogą budzić kontrowersje. Podobnie jak dowodzenie, że wiele chrześcijańskich miejsc pielgrzymek było miejscem kultu religijnego jeszcze przed nastaniem chrześcijaństwa. Oraz całe mnóstwo innych tego typu ciekawostek. Anna Kohli stawia wiele śmiałych tez i nie boi się przy tym krytykować teorii znanych i cenionych badaczy, jak na przykład Aleksandra Brücknera. Na potwierdzenie każdej swojej tezy ma jednak szereg bardzo wiarygodnych argumentów, część z nich popiera przepięknymi ilustracjami. Elementem przewodnim książki są tytułowe "trzy kolory". Autorka dowodzi jak częste, czy wręcz typowe było łączenie bogiń, boginek, bab - a później również chrześcijańskich świętych - w trójce, o zróżnicowanych, lecz uzupełniających się atrybutach. Zazwyczaj trójcom tym towarzyszyły odpowiednie symboliczne kolory - jedna była biała, druga czerwona, a trzecia czarna. Na kartach książki odnajdujemy wyjaśnienie bogatej symboliki tych kolorów, a także ich obecność między innymi w nazwach geograficznych na terenie całej Europy. Całość zdaje się prowadzić do konkluzji, że wszystkie boginie, czczone na przestrzeni wieków pod różnymi postaciami i imionami w różnych zakątkach świata, są tak naprawdę aspektami jednej i tej samej bogini, Wielkiej Matki. Książka ukazuje także pewien niezwykle przykry wniosek - że starzy bogowie stają się nowym diabłem. Ciekawostką jest także teoria, że dla wkraczającego do Europy chrześcijaństwa największą zmorą nie były wierzenia pogańskie - bo pogaństwo pod postacią kultu Światowida czy Peruna byłoby jeszcze do zniesienia, gdyż stosunkowo łatwo je urobić - ale struktury matriarchalne, nawet jeśli powoli wypierane ze społeczeństwa, wciąż obecne w przedchrześcijańskich religiach. 

Jak już wspomniałam, nie zdążyłam doczytać książki do końca. Taki ogrom wiedzy, jakim raczy nas autorka, nie byłby możliwy do przyswojenia na szybko. Nawet, gdybym uporała się z książką w terminie, z pewnością bardzo wiele informacji szybko uleciałoby mi z głowy. Dlatego też koniecznie chcę mieć te książkę w swojej domowej biblioteczne, aby móc nie tyle ją przeczytać, co powoli i dogłębnie przestudiować. Myślę, że "Trzy kolory Bogini" to bardzo wartościowa pozycja, nie tylko dla szeroko rozumianych pogan, ale także dla pasjonatów historii, religii, myśli feministycznej, etymologii nazw geograficznych, ludowych baśni oraz wszystkich dociekliwych o otwartych umysłach.

czwartek, 30 czerwca 2011

magia kobieca  Autor - Alla Alicja Chrzanowska

Tytuł - "Magia kobieca"

Wydanie - Wydawnictwo Ars Scripti-2, Białystok 2008

Ilość stron - 160.

Opis z okładki:

Magia kobieca to po prostu życie w każdym jego aspekcie. Uprawiać ją mogą wyłącznie wiedźmy, czyli kobiety posiadające wiedzę na temat tego, jak kultywować i rozwijać Dar. A czym jest więc Dar? To pewna umiejętność, z którą rodzą się wszystkie kobiety, której nie można się nauczyć, ale którą należy rozwijać i dbać o nią, gdyż inaczej skarłowacieje i zaniknie, a wtedy staniesz się zwykłą zjadaczką chleba. Dar pozwala widzieć to, co w swej mądrości Bóg ukrył przed okiem profanów, rozumieć przyczyny i skutki, kochać miłością uniwersalną, dostrzegać różne aspekty życia, zachęca do tego, by uczyć się tolerancji, cierpliwości, altruizmu, rozbudza głębię duchową. Aby Ci to ułatwić Czytelniczko, autorka odkrywa świat starych rytuałów, magii i kobiecej mocy, którą posługiwały się nasze prababki i babki.

*   *   *

Pamiętam jak dostałam w swoje ręce pierwszy "podręcznik magii". Byłam jeszcze w gimnazjum, już wtedy interesowały mnie wszelkie zjawiska nadprzyrodzone, więc gdy znalazłam książkę w księgarni, kupiłam bez wahania. Nie pamietam dokładnego tytułu, ale wiem, że miała fioletową okładkę, a jej autorką była Silver Rawen-Wolf. Między wierszami wyczytałam, że ów podręcznik traktuje o wicca. To było dla mnie obce, w pewien sposób straszne słowo. Byłam praktykującą katoliczką, dziewczynką, która boi się zgrzeszyć, a wicca w sposób, w jaki wciąż ujmują to głupie stereotypy, kojarzyło mi się z satanizmem. Dziś, po zagłebieniu się w temat neopgańskich religii jaką jest wicca wiem, jak bardzo się myliłam. Wiem też, że książki autorstwa pani Rawen-Wolf są raczej z niższej półki i tyle mają wspólnego z prawdziwą wicca, neopogańską religią, co wyrób czekoladopodobny z czekoladą. Wtedy jednak tego nie wiedziałam i wszelkie opisy "koniecznych" i "wymaganych" czynności przyjmowałam bezkrytycznie. Nie próbowałam odprawiać żadnych rytuałów, ale wierzyłam, że skoro tak jest napisane to tak to właśnie musi wyglądać. Przyjmowałam to dosłownie jako podręcznik, nie wybierałam i nie analizowałam. A teraz analizuję...

"Magia kobieca" jest również w zamyśle autorki podręcznikiem magii. Magii, jak mówi sam tytuł, kobiecej czyli naturalnej. Przeczytałam na jej temat kilka pozytywnych opinii i spodziewałam się książki głębokiej i naprawdę mądrej. Krótko mówiąc, spodziewałam się czegoś lepszego. Rozczarowałam się z kilku powodów, z których zasadniczo mogę wyróżnić trzy.

Po pierwsze więc nie spodobał mi się podział na magię dobrą i złą, białą i czarną. Uważam, że moc nie jest dobra ani zła. Dobre lub złe mogą być tylko ludzkie intencje i uczynki. Nie ma czarnej i białej magii, tontylko ludzie wykorzystują ją czasem dla dobra innych, a czasem nie wahają się innych krzywdzić. Nie ma złej magii, bywają tylko źli ludzie. Co zabawne autorka wysnuła z tego kolejny podział, na kobiety władające tą dobrą magią, tytulową magią kobiecą i te, których specjalnością jest czarna magia. Wiedźmy i czarownice - jak myślicie, które to te złe? Wiedźmy są dobre, bo etymologia tego słowa oznacza po prostu kobietę mądrą, Wiedzącą, czyli tę, która wie. Wiedźmy to kobiety, których moc wynika z posiadania przedwiecznej uniwersalnej mądrości świata, ona z kolei wypływa po prostu z natury. Natomiast czarownice... tu autorka również oparła się na etymologii słowa, jednak wymyśliła ją sobie sama. Z tego co mi wiadomo czarownica to kobieta czarowna, ta, która czaruje, rzuca czar. Dla autorki natomiast czarownica to ktoś, kto zajmuje się czarną magią. Uzasadnia to tym, że w słowie "czarownica" zawiera się słowo "czarna" - "CZARowNicA". Ciekawie, prawda? Ciekawi mnie jak w takim razie autorka odróżniłaby czarownika od CZARNOksiężnika - tutaj już etymologia jest wyraźna i prawidłowa. W sumie nie drażniłoby mnie to tak bardzo, gdyby ten wprowadzony na początku podział nie rzutował na całą książkę. Niestety autorka od czasu do czasu rzucała kąśliwe uwagi w stylu "Taki zachowanie zostawcie czarownicom!". No to zostawiłam - czytanie książki na przedostatnim rozdziale. Więcej nie mogłam.

Tutaj pojawia się drugi powód mojego niezadowolenia z tej książki. Pierwsze rozdziały dało się czytać, była mowa o prawach magii, z którymi w znacznej części się zgadzam - choć Prawo Trójpowrotu dla mnie najistotniejsze nie zajmowało jakiegoś wysokiego miejsca wśród innych wymienionych przez autorkę. Dalej było o symblice kolorów i ku swojemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że kolor czarny... jest zły. Tak zły, że należy "zostawić go czarownicom". Przywiodło mi to na myśl kazanie ks. Natanka dostępne na youtube - "czarny jak piekło". A ja myślałam, że to kolor jak każdy inny... Lubię czarny, noszę go równie często jak biały, czerwony, fioletowy i niebieski ;) Nocne niebo jest czarne - czy takie piękno w przyrodzie można uważać za "ciemną stronę mocy"? Takie to wszystko... głupie. Po prostu głupie. Zmierzałam jednak do czego innego. Po omówieniu symboliki kolorów mowa była o różnych rodzajach magii, podane były różne rytułały (bez wyznaczania kręgu? To mnie zdziwiło), później z kolei następowały rozdziały o budowaniu pewności siebie i relacjach z mężczyznami. Tu wymiękłam, ponieważ nie było w tym "magii". Połowa "Magii kobiecej" to zwykły poradnik relacji damsko-męskich jakich pełno na rynku. Ja niestety nie lubię tego typu książek.

I wreszie trzeci znaczący mankament książki. Starałam się czytać ją z punktu widzenia poganki - w końcu magia to raczej pogańska rzecz. Jednak znów dowiedziałam się, że niekoniecznie... Niby autorka stwierdza na początku to, w co wierzę - że istnieje jedna najwyższa nadprzyrodzona Istota, bóstwo, Bóg itd. i nie ważne jest jak ją nazywamy i jak się do niej zwracamy. Niby każe sobie wybierać boginię-patronkę (Potrójna Bogini nie jest uwzględniona), włącza jednak w ich poczet chrześcijańskie święte. Jednak najczęściej w rytuałach, afirmacjach itd, mowa jest o chrześcijańskim Bogu. Podręcznik magii dla chrześcijan? Conajmniej dziwne... Po pierwsze podręczniki magii, jak i sama magia to czyste pogaństwo, a co gorliwsi znaleźliby na to kilka innych określeń. Wierzę, że każdy ma zdolność własnego osądu i jeśli dla kogoś uprawianie magii, chociażby naturalnej nie kłóci się z koncepcją chrześcijaństwa to wszystko jest w porządku. Dla mnie również chrześcijański Bóg to ten sam Bóg, w którego wierzę, mimo że pojmuję Go inaczej. "Wszyscy Bogowie są jednym Bogiem" - skoro tak, to dlaczego autorka wciąż powołuje się akurat na chrześcijańskiego, zamiast pozostawić czytelnikowi wybór? W którymś z rodziałów padły słowa - (parafrazując) "Pewnie uważasz, że uprawianie magii może byc sprzeczne z wiarą chrzescijańską? Nic bardziej mylnego!" - A to włąśnie autorka się myli, bo dla osób rzeczywiście wierzących i praktykujących chrześcijaństwo magia to grzech, nie według ich "widzimisie", tylko odgórnych nakazów, zdaje się nawet, że zgodnie z Pismem Świętym. Autorka nie ma prawa do wysnuwania takich teorii - w mojej opinii mogą one urazić zarówno chrześcijan, jak i pogan. Taki synkretyzm nie powonien mieć miejsca. Ale oczywiście jest to tylko moja prywatna opinia.

Na koniec chciałam dodać, że dla mnie, w którą pogańska wiara i pogański światopogląd wsiąkaja coraz głębiej, magia to tylko taka "wisienka na torcie". Wierzę w magię, ale na raze nie będę się za nią brać. Magia jest formą kontaktu z tym co nadprzyrodzone, ale jest tylko takim ładnym dodatkiem do wiary. Jeśli jednak kiedyś miałabym spróbować "poczarować" to zdecydowanie bardziej logiczne i spójne wydają mi się wiccańskie rytułały, odprawiane w wyznaczonym kręgu, niż autorskie rytułały pani Alicji Chrzanowskiej, prezentowane w tej książce.

czwartek, 02 czerwca 2011

Naprawdę starałam się być dobrą katoliczką, chciałam, próbowałam... Kryzys światopoglądowy zamierzałam zrzucić na karb błędów młodości, potraktować jako etap przejściowy, odgrodzić grubą kreską i zapomnieć. Uświadomiłam sobie jednak, że skoro zasmakowałam już innego świata, alternatywnych możliwości, odmiennej wiary, skoro wkroczyłam na ścieżkę poznania swojego prawdziwego Ja, czy mówiąc w przenośni usłyszałam wołanie Bogini, nic już nie będzie takie jak przedtem. Nie może być, bo mój światopogląd zachwiał się w posadach i runął jak domek z kart. Teraz trzeba budować na gruzach. Możliwości są, oczywiście, dwie.

Mogłabym zrobić to co "powinnam", wybrać drogę "poprawną i właściwą". Jak najszybciej, według matryc i wzorów dostarczonych przez tych, którzy "wiedzą lepiej", dokładnie odbudować swój świat, przywrócić wszystkie jego założenia, dopasować do norm. Mogłabym być taka jak dawniej, uznać, że tego nigdy nie było i żyć dalej. Tak jak trzeba, lecz nie tak jak chcę. Mogłabym stchórzyć. Tak, stchórzyć. Ścieżkę, która otwiera się przede mną uznać za złą i ciemną, a głos Bogini, za podszepty szatana. Tyle, że ja nie wierzę w szatana. Mogłabym ze strachem odwrócić głowę i uciec w religię, w której mnie wychowano. Bo tak łatwiej.

Ale mogę też podjąć wyzwanie i podażyć ścieżką, która mnie ciągnie. Mieć odwagę samodzielnie myśleć, samodzielnie przeżywać i samodzielnie czuć. Tak właśnie wybrałam. Z całym szacunkiem i nawet pewnym sentymentem dla chrześcijaństwa - nie jest to religia dla mnie. Nie w oficjalnej, obowiazującej postaci. Nie oznacza to jednak, że całkowicie ją odrzucam i nie mogę wejść do kościoła. Skoro wszyscy bogowie są jednym Bogiem to każdy sposób i każde miejsce, aby oddać Mu cześć jest równie dobre. I każde imię, jakim się Go nazwie. Bóg chrześcijan wciąż jest także moim Bogiem, jednak ich zasady nie są moimi. Przede wszystkim jednak u Jego boku zajęła miejsce Bogini. Bo Bóg i Bogini są dwoma obliczami tego samego i dopiero razem tworzą pełnię.

Wybrałam ścieżkę pogaństwa. Wiem, że będzie trudno. Ta droga to wyzwanie. Może spotkać mnie śmiech, krytyka, niezrozumienie, a nawet typowo średniowieczne posądzenie o kontakty z diabłem, w którego nie wierzę. Ale ja nie zamierzam się nikomu tłumaczyć ze swojej wiary,  bo uważam ja za coś bardzo osobistego. Spotkałam się z określeniem, że we współczesnym świecie poganie to ukryte dzieci Bogini. Myślę, że tak właśnie ma być. Czasy stosów dawno minęły, lecz czasy religijnej dyktatury nie skończą się tak długo, jak długo będą ludzie gotowi się jej poddać. Albo nieświadomi, że można inaczej. A ja chcę żyć inaczej.

Cóż więc dalej? Pokonanie kryzysu światopoglądowego z takim, a nie innym skutkiem nie jest kresem drogi. Nie jest to jeszcze nawet początek. Porównałabym go do drzwi. Otworzyłam, zajrzałam... Mogłam zatrzasnąć i uciec lub przestąpić próg. Wybrałam to drugie i dopiero ten krok jest początkiem wędrówki. Dopiero początkiem.  Czy po tym jednym kroku jestem już poganką? Duszą i sercem - zdecydowanie. Ale z drugiej strony jestem dopiero adeptką. Pogaństwo nie jest jedną drogą, ze ściśle wytyczonym szlakiem i wyraźnymi drogowskazami. To cały wachlarz możliwości, różnych religii, kultów, odmian, ścieżek i tradycji. Jak wybrać spośród nich tę właściwą dla siebie i czy jest konieczność wyboru?

Ja nie zamierzam wybierać i przypisywać się do czegoś na siłę, tak jak poniekąd na siłę byłam przypisana do kościoła katolickiego. Dlatego nazwałam siebie adeptką, uczenicą, niezależną poszukiwaczką. Wierzę w Boga i Potrójna Boginię, jednak samo to, jak się okazuje, nie zawęża możliwości wyboru. Oscyluje gdzieś pomiędzy najstarszym na świecie, neolitycznym kultem Bogini, druidyzmem, wicca z całą mnogością jego odmian, tradycjami dianicznymi, odrobinę nowszą tradycją reclaming... W każdej jest coś pociągającego, lecz i coś, co do mnie nie pasuje. Najbliżej mi co wicca, jednak z definicji jest to misteryjna religia inicjacyjna, praktykowana w kowenie. To mi nie odpowiada. Wicca daje oczywiście również możliwość "samotnej ścieżki", jednak ponoć nie jest to już to samo. Jeśli mój wybór miałby być sztuczny i naciągany, wolę nie wybierać wcalę. Wolę nazywać siebie po prostu poganką.

Właśnie - poganką, a nie neopoganką. I nie chodzi o to, że uważam, żeby ta nazwa była jakaś zła czy deprecjonująca. Czytałam gdzieś o różnicy pomiędzy pogaństwem a neopogaństwem - że pogaństwo to autentyczne wierzenia dawne, przedchrześcijańskie, a neopogaństwo to rekonstrukcja takich wierzeń. Może to i racja, jednak dla mnie pogaństwo nie jest "neo", nie jest czymś nowym. Pogaństwo na świecie było, jest i będzie, niezależnie od tego jaką skalę będzie miało to zjawisko i jak bardzo będzie dostrzegane. Może rzeczywiście w XXI wieku możemy mówić o "nowym" pogaństwie, powrocie pogańtwa, jednak ja nie odbieram tego jako nowego ruchu religijnego, lecz jako powrót do wierzeń sprzed stuleci. Poganka, nie neopoganka, bo nie przyjmuję czegoś nowego, tylko odgrzebuję to, co od zawsze we mnie tkwiło.

Myślę o samotnej, indywidualnej ścieżce i tu znów padnie odpowiedź na to, dlaczego adeptka. Uczę się, poszukuję, zgłębiam, selekcjonuję, wartościuję i wreszcie uwewnętrzniam to, co uznaję za słuszne. Nie chcę ograniczyć się do gotowych podręczników np. wiccańskich ani też szukać nauczyciela. Chcę sama dojść o wiedzy, sama zrozumieć i dostrzeć w tym to, w co naprawdę, autentycznie wierzę. Przede mną więc cale mnóstwo literatury, pozynając od pozycji klasycznych w tej dziedzinie jak "Biała Bogini" Roberta Gravesa, "Złota gałąź" Fraziera, prace Margaret Murray, "Współczesne czarostwo" Geralda Gardnera, "The Spiral Dance" Starhawk, poprzez przeróżne książki o pogańskich wierzeniach: celtyckich, słowiańskich i wszelakich innych, o przesądach, o magii, czarach i czarownicach, o psychologii i parapsychologii ze szczególnym uwzględnieniem Freuda i Junga, aż na - traktowanych oczywiście z dużą dozą krytycyzmu - wspomnianych podręcznikach wicca. Ponadto pogańskie strony internetowe, fora i blogi, które są nie tylko prawdziwym kompendium wiedzy, ale też olbrzymim zbiorem refleksji, spostrzerzeń i przemyśleń różnych osób, a często także odpowiedzią na to, jak poganin radzi sobie w codziennym życiu. Ciekawym dodatkiem do tego wszystkiego są "Trzy kolory", internetowe czasopismo, do pobrania ze strony, którą znajdziecie w linkach. Jednak uważam, że moja pogańska ścieżka, poparta książkową wiedzą i doświadczeniami innych osób, wieść powinna przede wszystkim przez własne głębokie przemyślenia.

Wybrałam ścieżkę, którą chcę podażać, mimo niezrozumienia, z jakim napewno się spotkam. Nie mówię, że nigdy nie zmienię zdania - nikt nie jest nieomylny. Nie wybrałam łatwego życia ani gotowych odpowiedzi, raczej przeogromny zestaw pytań i ciągłe samodoskonalenie. Nie jestem w niczym ani lepsza, ani gorsza od innych. Chcę po prostu być sobą.

niedziela, 01 maja 2011

beltane Beltane (inaczej Beltaine lub w wersji spolszczonej Beltan) to chyba najbardziej znane z pogańskich świąt, szczególnie wśród miłośników literatury fantasy, gdzie często przewija się ten motyw. Jest to też jedno z najważniejszych - obok Samhain - celtyckich świąt, gdyż oba te święta dzielą rok na dwie części: jasną i ciemną, zimę i lato. Beltaine jest świętem ognia, odchodzonym ku czci Bela, celtyckiego boga światła. Nazwa ta oznacza tyle co "jasny ogień" lub też "ognie szczęścia". Beltane określa się także jako dzień Majowy, lecz ponieważ celtowie liczyli dzień od zachodu słońca, święto to było (i jest) obchodzone w nocy z 30 kwietnia na 1 maja.

Według starych celtyckich tradycji domowy ogień powinien płonąć nieprzerwanie od Samhain do Beltane, jest to więc czas wygaszania ognisk i rozpalania nowego ognia, symbolu nowego początku. Wieczorem druidzi rozpalali na wzgórzach ogniska, onie Beltane, co było aktem o wymiarze magicznym, mającym przywołać światło słońca i ukazać zwycięstwo ognia nad ciemnością. Z magia onia wiazały się różne zwyczaje, obrzędy i rytułały. Skoki przez ognisko miały zapewnić szczęście i pomyślność, a młodym kobietom znalezienie wymarzonego partnera. Poniewaz Celtowie byli ludem raczej pasterskich, pomiędzy ogniskami pędzono bydło, a by zapewnić mu płodność, a przyrodzie urodzaj.

Ale Beltane to także - a może przede wszystkim - święto radości, płodności i seksulaności. Jego symbolem jest tzw. maypole, słup majowy, czyli pień drzewa wbity pionowo w ziemię i przyozdobiony wstążkami i kwiatami. Jest to oczywisty symbol falliczny, odnoszący się do męskiego pierwiastka, zaś założenie na niego wianka symbolizowac miało zespolenie z Boginią. Tego dnia wybierano także najpiekniejszą pannę, która zostawała Majową Kólową, ona zaś wybirała dla siebie partnera, "małżonka", zwanego często Zielonym Człowiekiem. Razem obwożeni byli przez całą wieś na odkrytym powozie usłanym kwiatami i siedząc na tronie symbolizowali boską parę, której jedność oznaczać miała święty związek ziemi i słońca. Był to zatem czas łączenia się w pary. Po zabawach i tańcach wokół ognia młodzież udawała się na łąki i do lasów, aby - oficjalnie - zbierać kwiaty do przystrojenia domów i - nieoficjalnie - oddawać się miłosnym uciechom. W tradycji celtyckiej było także zawieranie tego dnia tzw. próbnych małżeństw, na rok i jeden dzień. Jeśli przez ten czas małżeństwo nie sprawdziło się, para mogła się rozstać. 

Betlane w dzisiejszych czasach jest wciąż odchodzone przez celtyckich neopogan czyli nowych druidów, a także przez wyznawców Wicca. Określa sie je, podobnie jak inne święta zwiazane z cyklem przyrody, mianem sabatu. Symbolizuje połączenie energii męskiej i żeńskiej, Boga i Bogini.

Noc z 30 kwietnia na 1 maja to nie tylko Beltane. W krajach Europy, głównie krajach germańskich, ale także w Polsce obchodzono wówczas Noc Walpurgii. Nazwa tego świeta pochodzi od św. Walpurgii, zakonnicy z Devon, która zginęła w 777r. pomagając św.Bonifacemu nawracać Niemcu na chrześcijaństwo. Mimo to Noc Walpurgii nie ma chrześcijańskiego charakteru. Kojarzona jest głównie z sabatem czarownic na niemieckiej górze Brocken. Podobnie jak w przypadku Beltane rozpalano wówczas wielkie ogniska,miały one jednak odstraszać złe duchy i czarownice. Noc Walpurgii to bowiem noc zmarłych, noc duchów - pod tym względem mimo rozbieżności czasowej przywodzi bardziej na myśl celtyckie Samhain. Z Beltane jednak (oprócz ogni, przez które także skakano i pomiędzy którymi pędzono bydło) łączą je słup majowy i Majowa Królowa, a także rytułały płodności, związane zespoleniam boskich sił męskich i żeńskich, z seksualnością i małżeństwem. Nie można jednak Nocy Walpurgii określić jednoznaczenie mianem święta miłości, ten charakter przypada bowiem Nocy Kupały. Ale o tym we właściwym czasie.

Tagi: pogaństwo
00:49, angellek89 , Pogaństwo
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 kwietnia 2011

Usłyszałam jakiś czas temu na zajęciach (swoją drogą całkiem niedawno, bo zaledwie kilka miesięcy temu) podczas omawiania jakiegoś mądrego tekstu, że w swoim czasie każdy człowiek przeżywa pewien kryzys światopoglądowy. Delikatne zwątpienie lub całkowite załamanie dotychczasowego światopoglądu, by zastąpić go innym, zmodyfikować lub na jego gruzach od podstaw zbudować nowy. Przewartościowanie systemu myślowego, być może także religijnego i etycznego. Pomyślałam sobie - eee tam, mój światopogląd nigdy żadnego kryzysu nie doświadczył. Cóż, jak mówi pewne porzekadło: Nie mów hop, póki nie przeskoczysz.

Więc padło i na mnie. Dziś mam wrażenie, że do owego kryzysu prowadził cały ciąg pozornie nieznaczących wydarzeń, który rozpoczął się lata temu. Jeszcze w gimnazjum zaczęłam zaczytywać się w sadze o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, byłam i nadal jestem absolutnie zauroczona jego twórczością. Będęc na swoich pierwszych studiach, na polonistyce, miałam przedmiot o nazwie poetyka historyczna, którego elementem zaliczenia było napisanie pracy historycznoliterackiej. Mogłam oczywiście analizować przydzielony przez wykładowcę wiersz, ale ja poszłam za głosem serca - w Sapkowskiego. Analizowałam opowiadanie pt."Maladie" z tomu "Świat króla Artura. Maladie". Jest to w zasadzie mini-powieść oparta na "Dziejach Tristana i Izoldy" i dosyć luźno nawiązująca do legend arturiańskich. Potrzebowałam do pracy także literatury przedmiotowej, a że było tego niewiele, sięgnęłam między innymi po "Świat króla Artura" z tego samego tomu, będący bardzo przyjemnym, choć dosyć ogólnikowym esejem na ten temat. W takście wielokrotnie przewijał się tytuł "Mgły Avalonu" i nazwisko Marion Zimmer-Bradley. Sapkowski wspominał, że książka ta była dla niego ispiracją przy pisaniu sagi o wiedźminie.

Tak, stwierdziłam, że absolutnie muszę przeczytać książkę, która inspirowała Mistrza. Niestety, dostępnosć tejże książki w bibliotekach jest bliska zera. Z kupieniem też nie było łatwiej, gdyż ostatnie wówczas wydanie było z 1997 roku. Można je było dostać na Allegro i ebay po horrondalnych cenach. Poczytałam natomiast nieco o autorce i dzięki temu udało mi się przeczytać trzy inne jej książki, z cyklu avalońskiego (liczącego 10 tomów, z których tylko 4 zostały przetłumaczone na język polski), których akcja poprzedza "Mgły..", m.in. tłumacząc powstanie Avalonu. W sierpniu ubiegłego, tj. 2010 roku, ku mojej wielkiej radości i spełniając moje niewypowiedziane marzenie, ukazało się wznowienie "Mgieł Avalonu". Książka w twardej okładce, licząca 1351 stron. Kupił mi ją mój kochany Dominik. Książka odczekała trochę na półce, ale gdy zaczęłam czytać to niemalże ją pochłonęłam. Zachwyciłam się historią Morgany, Artura i innych, życiem kapłanek i losami Avalonu...

Jednak w powieści, oprócz właściwej historii, jest też przedstawiona pewna bardzo konkretna teologia. Pogańska. Wiele czasu zajęło mi przyswajanie tego, co przeczytałam, rozmyślanie, poszukiwanie w internecie. Wciąż rozmyślam i poszukuję, już o ładnych kilku miesięcy - tego w co naprawdę wierzę, z czym naprawdę się zgadzam, co naprawdę odzwierciedla mój światopogląd. Szukam prawdziwej siebie. Dlatego mówię o kryzysie. I myśle, że skończy się on albo, gdy uznam, że pobłądziłam i znów będę dobrą katoliczką, która ze swoich wątpliowści ładnie się wyspowiada, albo kiedy będę potrafiła - może jeszcze nie przed światem, ale przynajmniej sama przed sobą - przyznać, że jestem poganką.

Wydaje mi się, że już wiem. W głebi serca czuję się na wskorś poganką. Boję się jednak. Niezwykle trudno być poganką w XXI wieku, w katolickim kraju i mając Narzeczonego z bardzo pobożnej katolickiej rodziny. Ostatnio, gdy wypełnialiśmy na zająciach ankietę o eutanzji (anonimową oczywiście) długo zastanawiałam się jaką zaznaczyć religię - "katolik" czy "inne", wpisując "poganka". Koleżanka zajrzała mi przez ramię i zaznaczyłam "katolik". Wciąż mam do siebie żal, że stchórzyłam. Cóż, czas na mój wyznaniowy comming out jeszcze widać nie nadszedł. Ale powiem jedno - przeżywanie kryzysu światopoglądowego jest dosyć bolsenym procesem.

Tagi: pogaństwo
23:38, angellek89 , Pogaństwo
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 marca 2011

Dziś jest 21 marca, dzień równonocy wiosennej, początek astronomicznej wiosny, znany głównie jako Dzień Ucznia czy też Dzień Wagarowicza. Jednak według o wiele starszej tradycji przypada na ten dzień także inne święto - Ostara.

ostaraOstara to pogańskie święto, zwane także Festiwalem Drzew, Alban Eilir (Światło Ziemi) albo rytuałem Eostry. Obcodzone jest ku czci germańskiej bogini Ostary, znanej także jako celtycka Eostre. Od jej imienia powstała angielska nazwa Wielkanocy, Easter. I nie jest to jedyna rzecz, którą chrześcijaństwo zaadaptowało z tego święta.  Ostara, bogini wiosny, przedstawiana jest jako młoda kobieta, odziana w biel, z wiankiem na głowie i naręczem świeżych kwiatów. Jej atrybutem od wieków był zając, zwierze kojarzone z wiosną, ale przede wszystkim - z wiadomych powodów - symbolizujące płodność. Obecnie znamy go raczej jako "wielkanocnego króliczka", lecz symbol ten pochodzi z czasów przedchrześcijańskich. Podobnie rzecz ma się z jajkiem. To tradycyjny symbol Ostary, oznaczający zarówno nowe życie, jak i współistnienie Słońca, Boga (co symbolizuje źółtko) i Księżyca, Bogini (białko). W przedchrześcijańskiej Europie zwyczaj  dekorowania jajek był doskonale znany i szeroko praktykowany. Ugotowane na twardo jajka malowano na wiosene kolory lub zdobiono Runami i symbolami, oznaczającymi płodność. Dzielono się nimi z członkami rodziny. Zwyczaj ten jest wszystkim doskonale znany, jednak nie każdy jest świadomy, że w każdej współczesnej "święconce" znajdujemy pogańskie pisanki.

Równonoc wiosenna rozpoczyna wiosnę. Przyroda budzi się do życia, kwitną pierwsze kwiaty, a Słońce i Księżyc zajmują tyle samo miejsca na niebie. To czas siania i sadzenia nasion, które latem wydadzą plony. Ostara jest świętem przyrody, która po miesiącach hibernacji odzyskuje harmonię i równowagę. Święto to ma swój odpowiednik w religii Słowian. Święto Jaryły, obchodzone przed wiekami także na ziemiach polskich, nie różni się wiele od Ostary. Poświęcone jest Matce Ziemi i bóstwu Jaryły, wiąże się z powitaniem wiosny. Do jego tradycji takze należy malowanie jajek, od Ostary natomiast odróżnia je - znany wszystkim zapewne jeszcze z czasów szkoły podstawowej lub przedszkola - rytułał topienia Marzanny, słowiańskiej bogini symbolizującej zimę i śmierć.

Zakładki:
Charytatywnie
Ekologicznie
Literackie
Odwiedzane blogi
Pogaństwo i magia
Sklepy internetowe - rękodzieło
Tu kupisz moje prace
Wegetariańskie
Wszystkie teksty, zdjęcia, a także projekty są wyłączną własnością autorki tego bloga. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie ich bez zgody autorki jest zabronione. (Dz. U. z 2000 r. Nr 80, poz.904) Candy u Liadan