Blog jest projekcją mojej rzeczywistości. Między wierszami kryje się prawda o tym, jaka jestem.

Wpisy z tagiem: literatura

środa, 29 lutego 2012

zimowy monarcha  Autor - Bernard Cornwell

Tytuł - "Zimowy monarcha"

Tytuł oryginału - "The Winter King"

Wydanie polskie - Instytut Wydawniczy ERICA, Warszawa 2010.

Tłumaczenie - Jerzy Żebrowski.

Ilość stron - 554.

Opis z okładki:

„A teraz brońcie się sami” – tak odpowiedział rzymski cesarz delegatom Brytów, którzy przybyli błagać go o pomoc w walce z najazdem Sasów, Jutów i Fryzów.

Brytania, V wiek po Chrystusie, najmroczniejszy czas w dziejach wyspy. Rzymianie odeszli, ich śladem podążają pogańscy bogowie. Święte ognie gasną – nadchodzi era chrześcijaństwa…
Pogrążona w chaosie, podzielona na walczące ze sobą królestwa Brytania z trudem opiera się saksońskiej inwazji. Los wyspy wydaje się przesądzony. Starzejący się władca, Uther, nie ma dziedzica w odpowiednim wieku, który po jego śmierci objąłby przywództwo w walce ze zdradzieckimi Sasami. Jedynym człowiekiem, który może sięgnąć po koronę i zjednoczyć kraj, jest podopieczny czarownika Merlina i nieślubny syn Uthera – Artur. Młody mąż stanu ma przeciwko sobie nie tylko saksońską furię, ale również zawistnych i nieprzychylnych mu ludzi. Uzbrojony w odwagę i honor, zdeterminowany, by ocalić Brytanię przed ostateczną klęską, musi stanąć do nierównej walki nie tylko ze zbrojną potęgą, ale również z siłami, których nie sposób zrozumieć… Nękany wątpliwościami, targany namiętnością, kochany i zdradzany, wielbiony i znienawidzony, Artur jest nie tylko symbolem honorowej walki o ginący świat – jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości.


*   *   *

Zapragnęłam tej książki odkąd ją po raz pierwszy zobaczyłam w Empiku. To przecież moja bajka - legendy o królu Arturze, mieczu z kamienia, Excaliburze podarowanym przez Panią Jeziora, Lancelocie i Ginewrze, Merlinie, Morganie, mitycznym Avalonie, poszukiwaniu świętego Graala, rycerzach Okrągłego Stołu... Okazało się jednak, że niekoniecznie.

"Zimowy monarcha", pierwszy tom trylogii Bernarda Cornwella, to powieść historyczna. Wydaje mi się co prawda, że nie łatwo mówić o jakiejkolwiek prawdzie historycznej, gdy w grę wchodzą legendy i podania ludowe, autor jednak za punkt honoru postawił sobie dotarcie do tejże prawdy. Narratorem, dzięki któremu poznajemy całą historię jest Derfel, jeden z rycerzy Artura, były podopieczny Merlina. Derfel jest wojownikiem co nadaje jego opowieści bardzo specyficzny, powiedziałabym nawet - batalistyczny - charakter. Dla mnie osobiście, która legendy Arturiańskie znałam głównie w wersji Marion Zimmer-Bradley, w powieści Cornwella za dużo jest wojny, za mało natomiast - magii. Autor tłumaczy swoje zabiegi literackie tym, iż próbuje oczyścić tę historię z wszelkich nieprawdopodobnych naleciałości, uczynić ją bardziej wiarygodną. Oczywiście nie jest to stuprocentowo możliwe, gdyż należałoby wówczas usunąć z kart powieści postaci takie jak Lancelot, Nimue, Morgana czy nawet Merlin. Jednak zgodnie z zamysłem autora, opowieść znacznie różni się od znanej mi dotychczas. Nie chciałabym zdradzać wszystkich niuansów, ponieważ w żadnym wypadku nie chcę nikogo zniechęcić do tej książki. Chciałabym jednak podzielić się z Wami moimi największymi zaskoczeniami... Tytułowy "Zimowy monarcha" to wcale nie Artur. Jego zamek nie nazywa się Camelot i nie ma w nim pewnego znamienitego mebla, którego w tym okresie historycznym rzekomo jeszcze być nie mogło... Cóż, pozostawiam te, jak i inne rozbieżności, Waszej ocenie.

Mimo wszystko uważam, że "Zimowy monarcha" to bardzo dobra powieść historyczna, pod warunkiem, że tak właśnie się do niej podchodzi - jako do realistycznej powieści historycznej. Nie fantastyki. Trochę dłużyło mi się jej czytanie, ponieważ odbierałam ją jako raczej przeznaczoną dla męskiego grona czytelników, niemniej jednak osoby lubujące się w opisach średniowiecznych bitew powinny być usatysfakcjonowane. No i wreszcie przyznam, że ciekawa jestem dalszego rozwoju zdarzeń i tego, jakie ich wersje autor nam przedstawi. Dlatego też niebawem mam zamiar sięgnąć po drugi tom, "Nieprzyjaciel Boga", który dostałam od braci na Gwiazdkę oraz kupić sobie tom trzeci, "Excalibur". Mam wielką nadzieję, że autor jeszcze mnie zaskoczy i odejdzie choć trochę od autentyczności i realizmu, na korzyść pięknych, magicznych wersji legendy :)

poniedziałek, 09 stycznia 2012

i wciąż ją kocham  Autor - Nicholas Sparks

Tytuł - "I wciąż ją kocham"

Tytuł oryginału - "Dear John"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2008.

Tłumaczenie - Elżbieta Zychowicz

Ilość stron - 351.

Opis z okładki:

John Tyree dokonuje wyboru - nie widząc szans na zdobycie wyższego wykształcenia, po ukończeniu szkoły średniej zaciąga się do armii. Przechodzi szkołę prawdziwego, męskiego życia, nabiera pewności siebie, której dotąd mu brakowało. W czasie przepustki spotyka Savannah - dziewczynę swoich marzeń. Młodszą o dwa lata studentkę pedagogiki, wolontariuszkę, która z grupą przyjaciół, w ramach akcji dobroczynnej, buduje domy dla ubogich. Na przekór wszelkim okolicznościom, pomiędzy dwojgiem rozkwita miłość. Savannah przyrzeka czekać na ukochanego, dopóki nie minie okres jego służby. On zaś uświadamia sobie że pragnie z nią założyć rodzinę. Wydarzenia z jedenastego września wstrząsają chłopakiem, który z poczucia obowiązku przedłuża pobyt w wojsku. Niestety, ich związek nie wytrzymuje długiego rozstania - w pożegnalnym liście dziewczyna informuje go, że zakochała się w kimś innym. Czas nie leczy ran - kiedy po kilku latach John wraca do domu, marzy tylko o jednym - jeszcze raz trzymać Savannah w swoich objęciach...


*   *   *

Pomimo, że tak naprawdę nie są niczym innym, jak zwykłymi romansami, uwielbiam książki Nicholasa Sparksa oraz filmy nakręcone na ich podstawie. Z pewnością większość z Was kojarzy "List w butelce", "Pamiętnik", a już w szczególności cudowną "Szkołę uczuć" (na podstawie książki pt. "Jesienna miłość") - film, na którym płaczę, ilekroć go oglądam. "I wciąż ją kocham" to kolejna zekranizowana powieść Nicholasa Sparksa. Film obejrzałam już dosyć dawno temu. Płakałam, a jakże! A jest taka "zasada", że kiedy ja na jakimś filmie płaczę to znaczy, że na pewno jest on dobry. Romantyczny, wzruszający, smutny - w każdym razie bardzo emocjonalny. Jakkolwiek to zabrzmi głupio, lubię płakać na filmach. Przepis na moje łzy jest prosty: empatia + wyobraźnia + uczucie. Postawić się w sytuacji bohaterów, wyobrazić sobie, że to mnie mogłoby spotkać to, co ich i poczuć te wszystkie uczucia, które temu towarzyszą. I po obejrzeniu takiego filmu mieć poczucie, że doświadczyłam katharsis i ucieszyć się z tego, co mam. Kiedy właśnie ów film dostarczył mi takich uczuć, wiedziałam już, że muszę sięgnąć po książkowy pierwowzór. Długo czekałam na zarezerwowana książkę w Bibliotece Śląskiej, kiedy jednak w końcu ją dostałam tak mnie pochłonęła, że ja pochłonęłam ją w kilka dni ;)

"I wciąż ją kocham" to opowieść o miłości. Miłości pomimo wszystko - pomimo dzielącej odległości, nieubłaganie upływającego czasu i tego, że ona pokochała kogoś innego. John i Savannah poznali się latem na plaży. On był wówczas żołnierzem na przepustce. Ona wraz z przyjaciółmi w ramach akcji charytatywnej budowała domy dla ubogich. Zdawało się, że jest między nimi tak niewiele podobieństw, a tak wiele różnic... A jednak wybuchła miłość. Chciałoby się powiedzieć - gorąca. Jednak nie do końca tak było. Choć Savannah wzbudzała w Johnie pożądanie, ona sama była osobą zbyt religijną i skromną, aby zdecydować się na bliskość fizyczną. I - choć mi samej trudno uwierzyć w realność istnienia takiego związku - ich miłość w swej czystości i niewinności była piękna. Oczywiście, to był początek. Później sielankę zweryfikowała szara rzeczywistość. Savannah wróciła na studia, John zaś do Niemiec, gdzie stacjonował jego oddział. Pisali listy, maile, rozmawiali przez telefon. W każdy pierwszy dzień pełni patrzyli w księżyc, każde w swoim zakątku świata, by choć w ten sposób poczuć, że są razem. Spotkali się po roku, lecz nie było już tak różowo jak na początku. Potem znów musieli się rozstać na kolejne długie miesiące. Wtedy nadszedł 11 września 2001 roku. Wstrząśnięty wydarzeniami John, czując patriotyczny obowiązek, przedłużył swój pobyt w wojsku, mimo że od powrotu na stałe do ukochanej dzieliło go już tak niewiele. To oczywiste, że Savannah zrozumiała jego pobudki i poparła jego decyzję. Była z niego dumna. A jednak ta właśnie decyzja sprawiła, że miłość nie przetrwała - dziewczyna zakochała się w kimś innym. Zdradziła - można by pomyśleć i od razu ją potępić. Okazuje się jednak, że i ona miała swoje motywy, które nie sposób jednoznacznie ocenić.

Gdy kochankowie spotykają się po latach, mimo że Savannah jest żoną kogoś innego, John nie ma wątpliwości co do swoich uczuć - wciąż ją kocha. Cóż to jednak znaczy kochać kogoś naprawdę? To właśnie pytanie zdaje sobie główny bohater.

"Prawdziwa miłość oznacza, że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz."

Dla bohatera powieści Sparksa prawdziwie kochać oznacza właśnie pozwolić tej ukochanej osobie być szczęśliwej na jej własnych warunkach, nawet jeśli jemu samemu sprawia to ból. Nawet jeśli oznacza to nigdy więcej jej nie zobaczyć.

"I wciąż ją kocham" to jednak nie tylko "love story". To także piękne i głębokie studium przemiany wewnętrznej głównego bohatera i dojrzewania relacji ojca z synem. Ojciec Johna był dość nieszablonowy. Cichy, małomówny, powściągliwy w okazywaniu uczuć, żyjący zawsze według ściśle określonego schematu, bez reszty pochłonięty numizmatyką, zatopiony w swoim małym wewnętrznym świecie. Jako młody chłopak John niejednokrotnie reagował złością na inność swojego ojca, przepełniały go tłumione pretensje. Dopiero Savannah uświadomiła mu, że jego ojciec cierpi być może na zespół Aspergera - lekka odmianę autyzmu. To odkrycie, choć początkowo budzi w głównym bohaterze sprzeciw, pozwala mu zupełnie inaczej spojrzeć na własnego ojca, jego życie i postępowanie, a także zupełnie od nowa zbudować z nim piękną, głęboką relację.

Naprawdę gorąco zachęcam, aby sięgnąć po "I wciąż ją kocham", czy to w wersji książkowej czy filmowej. A najlepiej w obydwu :) Fani twórczości i ekranizacji Nicholasa Sparksa z pewnością nie będą zawiedzeni. Tych natomiast, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z żadną z powieści tego pana, zachęcam, aby przeczytali także inne jego książki. Sama nie przeczytałam jeszcze wszystkich, każda natomiast, którą miałam w rękach dostarczyła mi nie tylko przyjemności czytania i romantycznych wzruszeń, ale także głębokiej refleksji nad wartością miłości i życia.

poniedziałek, 02 stycznia 2012

tajemnice słowian  Autor - Leszek Matela

Tytuł - "Tajemnice Słowian"

Wydanie - Studio Astropsychologii, Białystok 2006.

Ilość stron - 242.

Opis z okładki:

Książka ukazuje tajemnice Słowian i ich miejsc mocy. Autor przedstawia tajemniczą wiedzę i osiągnięcia Słowian, szczególnie zamieszkujących terytorium Polski. Ukazuje ich fascynujący świat, zwyczaje, obrzędy i rytuały. Prezentuje tez możliwości praktycznego wykorzystania w codziennym życiu spuścizny Słowian, wypływającej z ich znajomości przyrody i jej mocy leczniczych. Książka jest też przewodnikiem po słowiańskich miejscach kultu.

*   *   *

Jestem z siebie dumna, bo to pierwsza tego typu - czyli popularnonaukowa - książka, którą przeczytałam całą, od deski do deski. Na początku trochę źle się do niej zabrałam, bo założyłam, że wiedzę trzeba sobie dawkować w niewielkich, łatwo przyswajalnych ilościach. "Tajemnice Słowian" wypożyczyłam w czerwcu, przeczytałam wstęp i pierwszy rozdział pt. "Skąd wzięli się Słowianie i ich mowa", odłożyłam i zajęłam się tym, co lubię zdecydowanie bardziej, czyli czytaniem powieści. Dopiero jesienią przypomniałam sobie, że książka Leszka Mateli wciąż leży na mojej półce. Przeczytałam rozdziały o słowiańskim modelu świata, bogach, boginiach, demonach i duszkach. I tu muszę przyznać, że dawkowanie wiedzy byłoby jak najbardziej wskazane, gdyż... nie zapamiętałam wszystkich. W tym momencie znowu więc książkę odłożyłam, aby czytać powieści. I pracować, bo niestety przez całą jesień, a także w grudniu miałam bardzo mało czasu na czytanie. Do lektury "Tajemnic Słowian" wróciłam w czasie świąt i tym razem już dałam się wciągnąć w ten pasjonujący świat.

Książka jest naprawdę ciekawa, napisana bardzo przystępnym językiem, a przy tym bardzo rzetelna, bo autor opiera się zarówno na źródłach piśmienniczych (kroniki), wykopaliskach archeologicznych, literaturze, legendach, a także badaniach z dziedziny geomancji i radiestezji. Oprócz wyczerpującej genezy plemion słowiańskich i opisu ich wierzeń, w książce z znajdziemy także wiele interesujących informacji - historia i analiza posągu "Światowida" z rzeki Zbrucz, Księgi Welesa, przegląd słowiańskiego kalendarze, świąt, obrzędów. Znaczna część poświęcona jest związkom Słowian z przyrodą. Autor opisuje ich święte drzewa, ich symbolikę i oddziaływanie. Prowadzi nas przez życie codzienne dawnych Słowian, wraz z przeglądem ich kuchni - tutaj sympatyczną ciekawostką są przepisy na chleb na zakwasie, zupę piwną oraz kwas chlebowy do picia. Z książki dowiemy się w jakich domach mieszkali Słowianie, jakie nosili stroje, ozdoby, amulety, z czego wróżyli...

Najciekawsza moim zdaniem część książki Leszka Mateli traktuje o słowiańskich miejsca mocy. Zdziwiło mnie takie określenie. Dlaczego miejsca mocy, a nie miejsca kultu? Autor tłumaczy więc co to są miejsca mocy, a także w jaki sposób się je lokalizuje i bada, np. przy użyciu różdżki radiestetycznej. Zawsze wydawało mi się, że takie sprawy można włożyć między bajki. Leszek Matela jednak, pisząc o takich rzeczach jak promieniowanie mierzone w jednostkach Bovisa, przekonał mnie, że niekoniecznie. "Tajemnice Słowian" prowadzą nas więc przez słowiańskie miejsca mocy, od najbardziej znanych jak Łysiec (Łysa Góra, dziś Święty Krzyż) czy Ślęża, po o wiele mniej oczywiste, zarówno w Polsce jak i poza jej granicami.

Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę książkę, ponieważ - choćbyśmy byli nie wiadomo jak bardzo pobożnymi chrześcijanami - mowa jest o naszych przodkach, a:

"Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest,

swoje - obowiązek."

[Zygmunt Gloger]

Ponadto książka jest bogato ilustrowana, nie tylko zdjęciami czarno-białymi, ale i kolorowymi, co jest jej ogromną zaletą. Ukazuje także, że echa wielu dawnych słowiańskich zwyczajów przetrwały do dziś. Po przeczytaniu "Tajemnic Słowian" postawiłam sobie za cel wyprawę na Ślężę i Święty Krzyż, nie tylko po to, aby zobaczyć, ale też, aby poczuć energię tych miejsc. Pamiętam, jak zawsze śmiałam się, że piątek trzynastego to nie żaden pechowy dzień, tylko czas sabatu czarownic na Łysej Górze. W tym roku wypadają aż trzy piątki trzynastego - teraz w styczniu, potem w kwietniu i lipcu. Może w któryś z nich sporządzę maść na latanie (na którą Leszek Matela również podaje "przepis"), wsiądę na miotłę i polecę na Łysą Górę tańczyć przy świetle księżyca? ;) Ktoś leci ze mną? ;)

piątek, 30 grudnia 2011

wybrańcy  Autor - Kristin Cashore

Tytuł - "Wybrańcy"

Tytuł oryginału - "Graceling"

Wydanie polskie - Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2011

Tłumaczenie - Krystyna Chodowska

Ilość stron - 496.

Opis z okładki:

W Estillu, podobnie jak w pozostałych królestwach, prawo wymuszało przekazywanie Obdarzeńców pod opiekę władcy. Dziecko, którego oczy przybrały dwa różne kolory – kilka tygodni, miesięcy, a najpóźniej kilka lat po narodzinach – wysyłano na dwór, gdzie wychowywały je opiekunki. Jeśli Dar okazywał się użyteczny, król przyjmował dziecko na służbę. Jeśli nie, odsyłano je do domu.

Katsa od dzieciństwa ujawnia niezwykłe zdolności budzące w innych niechęć i lęk. Na dodatek despotyczny władca bez skrupułów wykorzystuje jej Dar do swoich celów. Czy dziewczyna znajdzie sposób, aby odzyskać kontrolę nad swoim życiem i wypowiedzieć posłuszeństwo królowi? W jej świecie trudno o godnych zaufania sprzymierzeńców... Czy pozostanie w swej walce osamotniona? Jedno jest pewne: musi się zmierzyć ze śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem...

*   *   *

Katsa, główna bohaterka powieści Kristin Cashore jest Obdarzona. Znaczy to ni mniej ni więcej, tylko tyle, że ma Dar, pewną niezwykłą cechę, której nie posiada nikt inny poza nią samą. Znakiem rozpoznawczym Katsy - jak wszystkich Obdarzeńców - są oczy w dwóch różnych kolorach. Jedno zielone jak trawa, drugie błękitne jak niebo. Katsa ma Dar walki. A przynajmniej tak jej przez całe życie wmawiano i tak jej się samej wydawało. Dar Katsy jest błogosławieństwem dla Randy, króla Estillu i jej wuja, któremu dziewczyna musi być całkowicie posłuszna. Młoda podopieczna jest jego tajną bronią, jego narzędziem wymiaru sprawiedliwości, maszynką do odcinania palców, łamania kończyn, skręcania karków i wzbudzania powszechnego strachu w królestwie. Katsa jest jednak człowiekiem, normalną dziewczyną, myślącą i czującą. Jej Dar jest dla niej przekleństwem. Tak jej się przynajmniej wydawało, dopóki nie uświadomiła sobie, że jej Dar jest czymś zupełnie innym...

Katsa to taka średniowieczna feministka. Nie dlatego jednak, iż preferuje krótkie fryzury, żywi niechęć do ozdób i wytwornych sukni, największą radością jest dla niej natomiast dzień spędzony w siodle z mieczem przy boku. Najwyższą wartością w oczach Katsy jest wolność i niezależność. Jak jednak pogodzić to z pracą dla despotycznego władcy-tyrana? I czy nie będzie utratą wolności podążenie ze miłością, która przyszła tak nagle, zupełnie niechciana? Bohaterka staje przed trudnymi wyborami, które pokażą jej kim naprawdę jest i na zawsze zmienią jej życie.

"Wybrańcy" to, w moim odczuciu, bardzo dobra powieść fantasy. Niesamowicie wciąga i przenosi nas w zupełnie inny świat. Jednak opowiada także o władzy i sprawiedliwości, o miłości i wolności, o poszukiwaniu swojego prawdziwego Daru. Obdarzeńcy - to niezbyt miło brzmiące słowo. Sugeruje pewną skazę, stygmatyzuje. Jednak uświadomienie sobie, że inność, ten właśnie Dar, który wyróżnia z tłumu, jest czymś niezwykle cennym sprawia, że Obdarzeńcy stają się tytułowymi "Wybrańcami". A to już brzmi zupełnie inaczej... Gorąco polecam!

niedziela, 09 października 2011

biała królowa    Autor - Philippa Gregory

Tytuł - "Biała królowa"

Tytuł oryginału - "The White Queen"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Książnica, Katowice 2009.

Tłumaczenie - Urszula Gardner

Ilość stron - 480.

Opis z okładki:

Mistrzyni powieści historycznej sięga do czasów bratobójczych walka zwanych w Anglii Wojną Dwu Róż. Owe czasy zaciętych bojów o władzę pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodami Yorków i Lancasterów poprzedzają epokę Tudorów.

Król Edward IV York zakochuje się w pięknej wdowie, Elżbiecie Woodville, i przed upływem miesiąca bierze ją w sekrecie za żonę. Gdy ich małżeństwo wychodzi na jaw, dostają się w sam środek walk o wpływy na królewskim dworze, gdzie muszą stawić czoło matce Edwarda. Oburzony samowolą króla hrabia Warwick, doradca Yorków, obraca się przeciwko niemu, przechodząc na stronę wrogiego obozu Lancasterów.

Elżbieta jest kochającą żoną i oparciem dla męża uwikłanego w polityczne rozgrywki. Powoduje nią namiętność, ale i ambicja - zdobywa zaszczyty dla swoich bliskich, za co przyjdzie jej wszakże zapłacić wysoką cenę. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają z twierdzy w Tower jej dwaj synowie, których losy po dziś dzień stanowią przedmiot spekulacji historyków. Philippa Gregory przedstawia portret zmysłowej kobiety o silnym charakterze, proponując jednocześnie własne, przemawiające do wyobraźni wytłumaczenie zagadki zniknięcia książąt z Tower.

*   *   *

Zacznę może od tego, że to, że ostatnio nic nie recenzuję wcale nie oznacza, że nic nie czytam ;) Jestem w trakcie czytania dwóch trylogii, których postanowiłam nie rozdrabniać i nie opisywać oddzielnie każdego tomu, lecz zarówno jedną jak i drugą zrecenzować jako całość. Ponadto zdarzyło mi się rozpocząć kilka książek, które mnie rozczarowały i wróciły do biblioteki nie dokończone. W ogóle zrobiłam się ostatnio bardzo wybredna i być może tym jest podyktowana także moje opinia na temat "Białej królowej".

Uwielbiam powieści Philippy Gregory. Pierwszą, którą przeczytałam i która wciąż jest jedną z moich ulubionych książek były "Kochanice króla" - mistrzostwo! "Wieczna księżniczka" podobała mi się, choć nie zachwyciła, natomiast "Kochanek dziewicy" niemalże dorównuje "Kochanicom króla". Z cyklu powieści o królowych i pałacowych intrygach nie miałam jeszcze okazji przeczytać "Błazna królowej" oraz najnowszej "Czerwonej królowej", urzekły mnie natomiast książki z nim nie związane - trzytomowa saga rodu Lacey'ów ("Dziedzictwo", "Dziecko szczęścia", "Meridon") oraz pełna mrocznej magii "Czarownica". We wszystkich tych książkach się zaczytywałam, odkrywałam w nich barwne, pełne namiętności postaci, intrygi, romanse... Ani jedna strona nie pozwalała się nudzić. Z "Białą królową" jest natomiast inaczej...

Cóż mogę powiedzieć nie zdradzając treści? Wierności historycznej i dbałości o szczegóły nie można autorce odmówić, podobnie jak zdolności tworzenia niezwykle charakternych postaci. Prawdziwym fanom twórczości Philippy Gregory książka powinna się spodobać, bo - mimo że słabsza od innych - nie jest zła. Ja niestety wynudziłam się niemiłosiernie. Brakowało mi dworskich intryg, flirtów, balów, romansów... Nużyły mnie natomiast zbyt rozległe opisy walk o władze, relacje z bitew. Gdy znikał jeden wróg, pojawiał się następny. Brakowało mi odrobinę więcej błyskotliwych dialogów, gdyż ciężko się czyta kilka stron z rzędu ciągłego tekstu. Także zbyt szerokie ramy czasowe nie przemawiają na korzyść książki i mimo podawanych na bieżąco dat, nie nadążałam za tym ile już lat toczy się akcja.

Przyznaję szczerze, że kilka ostatnich stron sobie odpuściłam, gdyż moje znudzenie sięgało zenitu. Jednak jest to tylko moja subiektywna opinia :) Może la mnie nie był to dobry czas na tę powieść - ciągnie mnie ostatnio zdecydowanie bardziej w kierunku fantastyki ;) Może utalentowana autorka już się nieco twórczo wypala? A może Wojna Dwu Róż nie jest po prostu zbyt ciekawym okresem historycznym? Pozostawiam to Wam do własnego osądu, gdyż mimo wszystko zachęcam, żeby po "Białą królową" sięgnąć i skonfrontować moją opinie z własną :)

wtorek, 30 sierpnia 2011

duch z przeszłości      Autor - Joanne Harris

Tytuł - "Duch z przeszłości"

Tytuł oryginału - "Holy Fools"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2003.

Tłumaczenie - Bogumiła Nawrot

Ilość stron - 351

Opis z okładki:

Akcja powieści toczy się w siedemnastowiecznej Francji, w czasach procesów czarownic i niepokojów religijnych. Okoliczności zmuszają Juliette, aktorkę i tancerkę, do szukania schronienia w klasztorze Sainte Marie-de-la-Mer. Jako siostra Augusta próbuje od nowa ułożyć życie sobie i swojej małej córeczce, Fleur, pod okiem życzliwej ksieni. Ale czasy się zmieniają; zabójstwo króla Henryka IV doprowadza do wrzenia społecznego we Francji, które nie omija nawet tej małej społeczności w odległym zakątku kraju. Po śmierci dotychczasowej ksieni pojawia się nowa przełożona i spokojne życie Juliette zaczyna się komplikować. Zwłaszcza, że nowa ksieni sprowadza ze sobą ducha z przeszłości Juliette, LeMerle’a, człowieka, którego Juliette ma wszelkie powody nienawidzić i się bać. Kiedy za jego sprawą wychodzą na jaw skrzętnie skrywane tajemnice, Juliette i LeMerle rozpoczynają niebezpieczną grę, próbując przechytrzyć się nawzajem. Zwycięzca może być tylko jeden...

*  *  *

Całkiem niedawno Krucza (jej blog znajdziecie w linkach) - której w tym miejscu, podobnie jak Nathairze, bardzo dziękuję za odwiedzanie i komentowanie mojego bloga i przepraszam, że słabo się w tej materii odwdzięczam oraz obiecuję poprawę ;) - napisała w komentarzu do mojej recenzji "Nasienia zła", że książki Joanne Harris "Czekolada" i "Rubinowe czółenka" są bardzo pogańskie w wyrazie. Co do "Czekolady" jak najbardziej się z tym stwierdzeniem zgadzam. "Rubinowych czółenek" nie miałam jeszcze okazji przeczytać, jednak przypuszczam, że skoro są one kontynuacją to muszą zachowywać ducha pierwszej części. Przyznam szczerze, że zastanawiam się czy sama Joanne Harris nie ma jakiś pogańskich zainteresowań, powiązań, tudzież szerszych związków z tego typu wierzeniami... W recenzjowanym niedawno "Nasieniu zła" między wierszami pojawiają się odniesienia do książek czytanych przez bohatera - "Złotej gałęzi" Frazera czy traktatów o magii Aleistera Crowleya. Co się zaś tyczy "Ducha z przeszłości"...

"Duch z przeszłości" to powieść osadzona w realiach siedemnastowiecznej Francji. Jej główną bohaterką jest Juliette, była aktorka, tancerka i akrobatka; poganka, którą los rzucił do klasztoru Sante Marie-de-la-Mer. Juliette schroniła się tam, pod życzliwym okiem ksieni Marii, gdy spodziewała się dziecka. Prowadziła burzliwe, pełne przygód i romansów życie, miewała wielu kochanków, nie wie więc, kto jest ojcem jej córeczki. Mija pięć lat - pięć lat spokoju i udawania kogoś, kim nie jest: bogatej wdowy, chrześcijanki, siostry Augusty. I wówczas niemalże w tym samym czasie zostaje zamordowany król Henryk IV i umiera  matka Maria, przełożona klasztoru. Zamęt, który zapanował zarówno w kraju, jak i w maleńkim klasztorze na niewielkiej wyspie, wykorzystał przebiegły Guy LeMerle, mężczyzna, którego niegdyś wiele łączyło z Juliette. Kto wie czy to nie on jest ojcem pięcioletniej Fleur? LeMerle, utalentowany aktor, postanawia uczynić scenerię żeńskiego klasztoru sceną, na której odegra największe przedstawienie swojego życia. Podszywając się pod księdza, przyprowadza nową przełożoną, którą, ku zaskoczeniu i zniesmaczeniu sióstr, ma zostać zaledwie dwunastoletnia dziewczynka. W klasztorze zaczynają dziać się dziwne rzeczy, wśród zakonnic szerzy się wrogość i strach, nikt nikomu nie może ufać, każda jest podejrzana o konszachty z diabłem, a sama ksieni uznaje wszystko za dzieło Szatana. Tymczasem LeMerle niezauważenie pociąga za sznurki... I pojawia się natrętne pytanie o co w tym wszystkim chodzi. Juliette udaje się znaleźć odpowiedź i okazuje się ona naprawdę zaskakująca.

Dla tych, których nie zaintrygowała fabuła powieści Joanne Harris, przytoczę kilka powodów, dla których książka ta jest wyjątkowa. Przede wszystkim "Duch z przeszłości" jest barwnym i realistycznym obrazem epoki renesansu, obrazuje ówczesne społeczeństwo, wraz z jego zabobonami i lękami. Książka doskonale ukazuje rozwój teatru renesansowego, a także życie codzienne w żeńskim klasztorze z tamtych czasów. Przywołuje nazwiska autentycznych postaci żyjących w siedemnastym wieku, jak na przykład Giordano Bruno - filozof i okultysta, spalony na stosie za herezję - wraz z jego filozofią, nawiązującą do poglądów Arystotelesa, teorii Kopernika i panteizmu. Joanne Harris zawarła również w swojej książce bogatą symbolikę, sięgającą od Biblii aż do kart tarota, przywołała wiele łacińskich sentencji i cytatów z Pisma Świętego. Ukazała również bardzo ciekawe zjawisko, o którym sama czytałam niedawno w "Trzech kolorach Bogini", a mianowicie przekształcanie dawnych bogów w chrześcijańskich świętych. Patronka klasztoru, owa Marie-de-la-Mer to figura Wielkiej Bogini w jej czarnym aspekcie staruchy, dla potrzeb zakonnych uznana za niezwykle starą figurę Matki Bożej. "Duch z przeszłości" to także bogate studium nad zawiłościami ludzkiej psychiki. Mechanika zemsty, cienka linia między miłością a nienawiścią i burzliwe namiętności to elementy obecne na każdej stronie powieści. Pokazuje ona również moc wiary, zarówno w Boga, szatana, jak i we własne poglądy oraz siłę manipulacji religijnej, na którą ludzie wszystkich czasów byli i są niezwykle podatni i która może być wyjątkowo niebezpieczna.

Cóż mogę dodać? Wielu osobom mogłabym polecić tę książkę, gdyż jej treść jest naprawdę bogata. Jeśli interesują Was wątki historyczne, okultystyczne, filozoficzne, religijne, psychologiczne, a nawet miłosne - nie wahajcie się sięgnąć po "Ducha z przeszłości". Ja sama natomiast z przyjemnością sięgnę po raz kolejny po twórczość Joanne Harris.

środa, 24 sierpnia 2011

przemiana    Autor - Jodi Picoult

Tytuł - "Przemiana"

Tytuł oryginału - "Change of heart"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Tłumaczenie - Katarzyna Kasterka

Ilość stron - 544

Opis z okładki:

June Nealon była szczęśliwą żoną i matką. W jednej chwili jej świat się zawalił. Teraz czeka tylko na zabliźnienie ran, na dopełnienie sprawiedliwości, na cud.

Shay Bourne ma wkrótce umrzeć. Staje przed szansą odkupienia swoich win. Aby tak się stało Claire Nealon, córka June, musi przyjąć od niego bardzo szczególny dar.

Michael Wright zdecydował się poświęcić życie Bogu. Kiedy jednak osobiście poznaje Shaya Bourne'a, zostaje zmuszony do zakwestionowania założeń swojej religii, spojrzenia w innych kategoriach na pojęcie dobra i zła. I na samego siebie.

W "Przemianie" Jodi Picoult snuje porywającą opowieść o istocie odkupienie, sprawiedliwości i miłości. 

*   *   *

Jak to możliwe, że już po jednej przeczytanej książce, jaką była "Krucha jak lód" zaczęłam żywić ogromny podziw dla autorki, a po przeczytaniu zaledwie dwóch z jej powieści wliczyłam Jodi Picoult w poczet moich ulubionych pisarzy? "Przemiana" to właśnie druga książka Jodi Picoult, którą miałam szczęście przeczytać. Wywarła na mnie równie duże wrażenie jak poprzednia, wciągnęła mnie głęboko i zmusiła do refleksji nad wieloma trudnymi sprawami. Zacznę jednak od tego, co wielu czytelników uznałoby za minus. Jodi Picoult pisze swoje powieści bardzo schematycznie - połączenie wątków medycznych z prawniczymi, trudny, niemalże kontrowersyjny temat, problem sporny etycznie, do tego pierwszoosobowa narracja prowadzona naprzemienne przez różnych bohaterów, co daje efekt bezstronności i nie wprowadza podziału na "tych dobrych" i "tych złych", zaś jako zwieńczenie - zaskakujące zakończenie. W obu przeczytanych przeze mnie powieściach ten schemat się powtórzył, a po przekartkowaniu kolejnej, wiem już, że w niej - a prawdopodobnie w większości - również tak będzie. Owszem, może wydawać się to nudne i niezbyt pomysłowe, ale w mojej opinii autorce należy się podziw za to, że w ten sam wzór potrafi włożyć za każdym razem nową, zupełnie inną treść i za każdym razem stworzyć w ten sposób coś niezwykłego i wartościowego.

June Nealon, jedna z bohaterek "Przemiany", straciła pierwszego męża w wypadku samochodowym. Została sama z maleńką córeczką, lecz po pewnym czasie związała się z policjantem, który wówczas przyjechał na wezwanie do wypadku. Minęło kilka lat, po których June odzyskała spokój i szczęście, znów jest szczęśliwą żoną i matką, oczekuje kolejnego dziecka. Wtedy właśnie w jej życie wkroczył Shay Bourne, młody, niezbyt inteligentny mężczyzna, cieśla, czy też mówiąc bardziej współczesnym językiem stolarz, który miał pomóc przy remoncie domu. Zupełnie niespodziewanie dochodzi do tragedii. Z rąk Shaya zastrzeleni zostają mąż i córka June, pojawia się podejrzenie, że dziewczynka była molestowana seksualnie... Mężczyzna staje przed sądem. Tymczasem w ławie przysięgłych, rozstrzygającej ten proces, zasiada niejaki Michael Wright, rówieśnik Shaya. Bo wielu burzliwych dyskusjach zapada wyrok - kara śmierci, która nie była wykonywana w stanie New Hampshire od ponad 60 lat...

Po 11 latach Shay Bourne wciąż oczekuje na wykonanie wyroku. Claire, siostra zamordowanej przez niego dziewczynki również oczekuje, ale na coś, co uratuje jej życie, na przeszczep serca. Shay pragnie odkupić swoje winy, ofiarowując dziewczynce swoje serce. Jednak po wykonaniu egzekucji poprzez podanie śmiercionośnego zastrzyku narządy nie nadają się do przeszczepu. W więzieniu stanowym, gdzie przebywa oskarżony zaczynają dziać się dziwne rzeczy - woda zmienia się w wino, jedzenie cudownie się rozmnaża, mężczyzna chory na AIDS zdrowieje, a martwy pisklak oraz zamordowany strażnik zostają wskrzeszeni... Wszystko o wydaje się niepokojąco podobne do czegoś, co wszyscy bardzo dobrze znamy. Skąd? Z Ewangelii. Rzesze ludzi uznają Shaya Bourne'a za nowego Mesjasza... Tymczasem dwoje ludzi dowiaduje się o jego chęci przekazania serca umierającej dziewczynce i postanawia mu pomóc - młoda prawniczka, ateistka, córka rabina, walcząca w obronie praw i wolności osobistych obywateli stanu New Hampshire oraz znany nam już Michael Wright, którego wyrzuty sumienia po wydaniu wyroku śmierci zaprowadziły na drogę powołania i jako katolicki ksiądz, zostaje przewodnikiem duchowym skazanego.

"Przemiana" porusza więcej niż jeden trudny temat. Stawia pytanie czy kara śmierci jest moralna? Czy to ludzkie odpłacać złem za zło, płacić oko za oko? Czy ktoś kto zamordował dwie osoby, mężczyznę i dziecko, dziecko uprzednio molestując seksualnie, zasługuje na śmierć? A jeśli był niewinny, a wszystko jest zupełnie inne niż się wydaje? Czy mamy prawo decydować o czyimś życiu i śmierci? Kto ma prawo do takiej decyzji? Czy zabijając nawet mordercę sami nie stajemy się mordercami? Czy dobrym uczynkiem możemy wymazać zło, które wcześniej wyrządziliśmy? Czym się różni odkupienie od wybaczenia, a czym od zbawienia? Czy w ogóle da się odkupić swoje winy, wynagrodzić komuś poniesioną stratę? I wreszcie powieść Jodi Picoult porusza bardzo aktualny dla mnie temat wiary i religii. Czy aby na pewno wiara i religia to to samo? Czym różnią się te dwa pojęcia? Czy istnieją religie lepsze i gorsze i czy aby wierzyć, koniecznie trzeba wyznawać jakąś religię? Czy wszystko trzeba kategoryzować? Czy ktokolwiek może nam mówić w co mamy wierzyć i czy nie mamy prawa do własnej, osobistej wiary, nie wpisującej się w kanon żadnej ze znanych religii?

Wszystkie te pytania postawiłam sobie podczas czytania i muszę przyznać, że nie na wszystkie znalazłam odpowiedzi. "Przemiana" to powieść od której bardzo trudno się oderwać, a nawet odłożywszy ją nie sposób przestać o niej myśleć. Zachęca do głębokiej refleksji, która może zmienić nasze spojrzenie na świat. Może sprawić, że i w nas zajdzie wewnętrzna przemiana...

sobota, 13 sierpnia 2011

nasienie zła  Autor - Joanne Harris

Tytuł - "Nasienie zła"

Tytuł oryginału - "The Evil Seed"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

Tłumaczenie - Tomasz Wiliusz

Ilość stron - 359.

Opis z okładki:

Nigdy nie jest łatwo pogodzić się z faktem, że ktoś, kogo się kiedyś kochało bez pamięci, znalazł dziewczynę swoich marzeń. Alice przekonuje się o tym, gdy Joe przedstawia jej swoją nową sympatię, Ginny. Zazdrosna, czuje odrazę do Ginny, eterycznej piękności otoczonej grupą podejrzanych znajomych.
Wkrótce Alice odnajduje w pokoju Ginny schowany tam stary pamiętnik i czyta o Danielu Holmesie, jego przyjacielu Robercie i tajemniczej kobiecie, która zauroczyła ich obu – Rosemary Virginii Ashley, pochowanej przed półwieczem na cmentarzu w Grantchester – pochowanej, ale bynajmniej nie zapomnianej.
Gdy obie historie splatają się ze sobą, przeszłość i teraźniejszość stają się jednym; Alice uzmysławia sobie, że jej instynktowna nienawiść do nowej dziewczyny Joego może brać się nie tylko z zazdrości, i pogrąża się w koszmarnym świecie obsesji, zemsty, pokusy – i krwi.


*   *  *

Joanne Harris znana jest głównie jako autorka "Czekolady", która doczekała się wspaniałej ekranizacji z Juliette Binoche i Johnnym Deppem. Sama spory kawałek czasu temu również przeczytałam tę książkę i zauroczyła mnie ona równie bardzo jak film, który oglądałam wówczas ze względu niesamowitego Johnnego Deppa. Jednak inne powieści autorki również zasługują na uwagę - obecnie na mojej półce czeka już "Duch z przeszłości", w planach natomiast mam "Jeżynowe wino" i przede wszystkim "Rubinowe czółenka" czyli kontynuację "Czekolady". Tymczasem jednak zupełnie przypadkiem natrafiłam na "Nasienie zła". We wprowadzeniu autorka pisze "Uwaga! zawiera wampiry!". O tak! Uśmiałam się serdecznie, kiedy na portalu czytelniczym, z którego korzystam jedna z czytelniczek napisała "Moja ulubiona autorka zaczęła pisać o wampirach? Tylko nie to...". Otóż nie, to wcale nie tak. Joanne Harris nie podążyła za modą, a wydanie z 2009 roku jest niczym innym jak wznowieniem. Autorka we wprowadzeniu skrupulatnie opisuje historię powstania, jak również owego wznowienia tej książki, jej pierwszej powieści, napisanej - uwaga! - całe 20 lat przed powstaniem "Czekolady". Funkcjonował wówczas wizerunek wampira wyznaczony przez Anne Rice. Inspiracją dla powstania "Nasienia zła" była powieść gotycka, a nie "paranormal romance". 

Tradycyjnie nie będę zdradzać zbyt wiele treści, opowiem natomiast o czym jest wspomniana książka i dlaczego warto po nią sięgnąć. "Nasienie zła" to powieść o wampirach, mimo że słowo "wampir" pojawia się w niej zaledwie raz czy dwa. To powrót do klasycznego ujęcia wampira jako stworzenia nocy, mrocznego wędrowca. Wampiry Joanne Harris są piękna i złe. Okrutne, bezwzględne, samolubne. Żywią się ludźmi i nie zawsze wystarcza im sama krew, zaś ich zabójstwa to nie "kosmetyczne" czyste przegryzienie tętnicy. Nie są nieśmiertelne, mogą się jednak odradzać bez końca, wystarczy samo ich wspomnienie, myśl, uczucie, wypowiedzenie ich imienia. "Nasienie zła" jest książką pełną mroku, jak rasowa powieść grozy, której czytanie (szczególnie wieczorem) wywołuje dreszcze. Jest to książka o miłości, która nie zawsze jest taka różowa i ludzkich namiętnościach, które czasem prowadzą do obłędu. Po części jest to również opowieść o walce dobra ze złem. Joanne Harris pokazuje nam, iż to jest i zawsze będzie walka nierozstrzygnięta, a wszelkie zwycięstwa są tylko pozorne. Jasność i ciemność są dwoma siłami, których współistnienie jest warunkiem harmonii wszechświata. Tak było, jest i będzie. Polecam "Nasienie zła" wszystkim tym, którzy są już znudzeni przesłodzonym obrazem wampira kochającego się w śmiertelniczce oraz wszelkich wariacji na ten temat. Zachęcam również do sięgnięcia po inne książki autorki "Czekolady", co sama zamierzam niebawem uczynić :)

piątek, 15 lipca 2011

ogród wiecznej wiosny  Autor - Cristina Lopez Barrio

Tytuł - "Ogród wiecznej wiosny"

Tytuł oryginału - "La casa de los amores imposibles"

Wydanie polskie - Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010.

Tłumaczenie - Sylwia Mazurkiewicz-Petek

Ilość stron - 341.

Opis z okładki:

Klątwa wisząca nad rodem Laguna niszczy miłość pięknej Clary o bursztynowych oczach. Rozpacz porzuconej dziewczyny sprawia, że staje się cud – ogród domu o czerwonych ścianach zaczyna kwitnąć wbrew naturze przez cały rok.
Kobiety z kolejnych pokoleń żyją skazane przez bezlitosne fatum na nieszczęśliwą miłość, samotność, zemstę. Czy którejś z nich uda się odwrócić przeznaczenie?

"Ogród wiecznej wiosny" to napisana barwnym językiem wielopokoleniowa saga, której bohaterki zakochują się tylko raz – na całe życie. Oszałamiająca i porywająca opowieść o skrytych namiętnościach, grzesznych rozkoszach i potędze miłości.

*   *   *

 Zaczarowała mnie ta książka. Opowiada burzliwe dzieje przeklętych kobiet z rodu Laguna. Ich przekleństwem była nieszczęśliwa miłość, samotność i hańba, spowodowana rodzeniem nieślubnych dzieci, samych dziewczynek. Poznajemy więc czarownicę Lagunę, nigdy nie wymienioną z imienia, przepowiadającą przyszłość ze szkieletu kota i za pomocą igły i nitki przywracającą dziewczęta utracone dziewictwo. Jej córkę Clarę, piękność o bursztynowych oczach, której andaluzyjski kochanek podarował wspaniały dom z ogrodem, nazwany później Czerwonym Domem, aby wynagrodzić jej to, że nigdy nie zamierzał jej poślubić, a która w ramach zemsty zrobiła wszystko, "żeby czerwony folwark zamiast dobrze prosperującą posiadłością, jak chciał jej ukochany, stał się wspaniałym burdelem." Następnie córkę Clary Manuelę, kobietę w białych rękawiczkach splamionych krwią zarzynanych kurczaków, kochającą się w świerszczach, skolopendrach i opowieściach o morzu, morderczynię ukochanego własnej córki. Później z kolei Olvido, córkę Manueli, najpiękniejszą kobietę świata i jej córkę Margaritę, która zginęła wskutek tragicznego upadku z okna, dzieląc los swojego ojca. Na koniec poznajemy Santiago, jedynego chłopca w rodzinie Laguna, którego prababka  gotowa była obwołać mesjaszem, narodzonym, aby przełamać klątwę. Jednak i jego życie naznaczone jest cierpieniem...

"Ogród wiecznej wiosny" to opowieść pełna nieszczęśliwej miłości, grzesznych namiętności, smutku, śmierci, samotności. Pełna barwnych obrazów i sugestywnych zapachów, towarzyszących żywym i umarłym. Pełna żądzy zemsty i nienawiści między matkami i córkami, które to uczucia były prawdziwym obliczem klątwy rodu Laguna. Pełna najróżniejszych obsesji - bo każdy z bohaterów tej historii, nie tylko kobiety z Czerwonego Domu, lecz i inni pojawiający się na kartach powieści, miał swoje mniej lub bardziej groźne obsesje. Jest to także opowieść pełna mroku, lecz nie takiego, jaki kojarzy się z horrorami i książkami o wampirach. Opowieść pełna mroku, tkwiącego w zakamarkach ludzkiej duszy.

Równie mocno jak historia opowiedziana przez Cristinę Lopez Barrio oczarował mnie język jej powieści. Jest niezwykle barwny, sugestywny, przywołujący w wyobraźni całe mnóstwo obrazów i feerię zapachów. Poszczególne opisy, zwroty, porównania strona po stronie budują niesamowitą magię tej książki. Sięgnęłam po nią zachęcona intrygującym tytułem i przepiękną okładką – wciąż zastanawiam się która to z kobiet Laguna jest na niej przestawiona i skłaniam się ku opinii, że jest to Clara, o kasztanowych włosach i bursztynowych oczach. Bardzo się cieszę, że znów, wbrew porzekadłu, oceniłam książkę po okładce. Nie zawiodłam się. Pozwoliłam się zaczarować.

niedziela, 10 lipca 2011

ja tituba czarownica z salem Autor - Maryse Conde

Tytuł - "Ja, Tituba, czarownica z Salem"

Tytuł oryginału - "Moi, Tituba sorciere... Noire de Salem"

Wydanie polskie - Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007. Seria z miotłą.

Tłumaczenie - Krystyna Arustowicz

Ilość stron - 281.

Opis z okładki:

Tituba - urodzona na Barbadosie córka niewolnicy - jako dziecko jest świadkiem poniżenia i śmierci matki. Trafia pod opiekę staruszki Man Yayi, od której uczy się sztuki uzdrawiania i tajników magii. Wraz z mężem zostaje sprzedana i wywieziona do Ameryki. Tam, w małym purytańskim miasteczku Salem, pada ofiarą prześladowań rasowych i niesprawiedliwych oskarżeń, jej życie zawisa na włosku. Tituba broni się...

Maryse Condé przywołuje autentyczną postać kobiety osądzonej podczas słynnych procesów czarownic w Salem. Ze strzępków relacji i faktów rekonstruuje jej losy, naświetla motywy działania, emocje. Opowiada barwnie o zbiorowej histerii i "polowaniach na czarownice" - których przykłady można znaleźć w każdej epoce.


*   *   *

Natrafiłam na tę książkę zupełnie przypadkiem. W wyszukiwarkę katalogu internetowego Biblioteki Śląskiej wpisałam słowo "czarownica". Miałam nadzieję znaleźć książkę o takim właśnie tytule, tom pierwszy "Księgi Wszystkich Dusz". Nie znalazłam, zaczęłam więc przeglądać listę książek zawierających w tytule szukana słowo. Wśród nich znalazłam "Ja, Tituba, czarownica z Salem". Zabrzmiało ciekawie. Salem, czarownice... i Tituba, czarna niewolnica, pierwsza oskarżona. W ostatniej książce, którą czytałam o Salem niemalże nie było o niej mowy. Byłam ciekawa. Szybko sprawdziłam opis książki na lubimyczytać.pl i to ostatecznie przeważyło o wypożyczeniu "Tituby".

Przeczytałam tę książkę w jeden dzień, dosłownie ją pochłonęłam. Od pierwszej strony wciągnęła mnie głęboko, tak że nie mogłam się od niej oderwać. Jest to opowieść o życiu Tituby, sięgająca od jej narodzin aż do śmierci, a nawet... nieco dalej. Tituba urodziła się na Barbadosie. Była córką niewolnicy, Abeny z plemienia Aszanti, brutalnie zgwałconej przez białego mężczyznę, marynarza na statku wiozącym niewolników. Jednak Yao, mężczyzna, niewolnik, również czarny, który pokochał jej matkę, również Titubę kochał jak własne dziecko. Dzieciństwo, niewolniczo smutne, a jednak w pewien sposób szczęśliwe, nie trwało jednak długo. Abena, broniąc się przed kolejnym gwałtem z rąk białego pana, zraniła go maczetą. To była niewyobrażalna zbrodnia. Niewolnik targnął się na pana. Czarny na białego. Abena została powieszona, po czym jej ukochany Yao popełnił samobójstwo. Zaledwie kilkuletnia Tituba, jako córka zbrodniarki, została wypędzona z plantacji. Przygarnęła ją stara, nieco dziwna kobieta, Man Yaya - zielarka, uzdrowicielka, czarownica. Os niej Tituba nauczyła się wszystkiego: mocy roślin, leczenia, kontaktowania się ze zmarłymi, przede wszystkim jednak przeogromnego szacunku do życia i głębokiej wiary, bez strachu przed grzechem i Złym.

Nie opowiem jakie koleje losu pognały Titubę do Salem, ani też co stało się z nią później. Tych, którzy są tego ciekawi, gorąco zachęcam do przeczytania książki. Mnie jednak powieść Maryse Conde urzekła z innego powodu. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Tituby. Murzynka opowiada o wszystkich swoich emocjach, przeżyciach, dzieli się swymi myślami, uczuciami i tłumaczy motywacje wszystkich swoich działań. Można powiedzieć, że zniszczył ją nadmiar miłości. Tituba nie była skazana na niewolnictwo. Sama oddała swoją wolność, aby żyć z ukochanym mężczyzną, który po latach stanął przeciw niej w procesie o czary. Była jednak świadoma władzy, jaką ma nad nią miłość i pożądanie:

"Pod wpływem pewnych mężczyzn, których cnotą jest słabość, budzi się w nas pragnienie, żeby zostać niewolnicami!"

Ale nie była to jedyna miłość, która zaprowadziła Titubę przed sąd. Tituba bowiem kochała życie, świat, ludzi... Była ufna i przepełniona niezwykłą dobrocią, którą chciała widzieć także w innych. Nawet w tych, w których jej nie było. Najbardziej jednak spodobało mi się to, że jest to powieść o prawdziwej czarownicy. Nie próba oczyszczenia "niesłusznie oskarżonej", lecz historia życia i wielkich namiętności kobiety, dla której magia była codziennością. Tituba była czarownicą. Czarownicą w takim rozumieniu, w jakim ja zawsze to postrzegałam - dzieckiem Matki Natury, służebnicą przyrody, strażniczką życia, niosącą pomoc i ukojenie, rozmawiającą z duchami, które wcale nie są złe. Czarownicą pełną głębokiej, pierwotnej wiary, której modlitwa płynie zawsze z głębi serca. Prawdziwa czarownica, taka jak Tituba, to nie wysłanniczka piekieł. Ona sama na zarzut podpisania paktu z szatanem odpowiada słowami:

"Z Szatanem? Zanim znalazłam się w tym domu, nie znałam nawet tego słowa."

"Ja, Tituba, czarownica z Salem" to także opowieść o ogromnej ludzkiej nietolerancji, o narzucaniu innym wiary i roli, jaką mają pełnić w XVII-wiecznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, a także o głęboko zakorzenionym w ludziach rasizmie i seksizmie. Ze wzruszeniem, a niemalże wręcz z bólem czytałam, jak ciężki był wówczas los osoby takiej jak główna bohaterka - nie dość, że kobiety, to jeszcze czarnej, w dodatku nie chrześcijanki. I zastanawiam się, czy aby na pewno w przeciągu ponad trzech stuleci tak wiele się w tej kwestii zmieniło...

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Charytatywnie
Ekologicznie
Literackie
Odwiedzane blogi
Pogaństwo i magia
Sklepy internetowe - rękodzieło
Tu kupisz moje prace
Wegetariańskie
Wszystkie teksty, zdjęcia, a także projekty są wyłączną własnością autorki tego bloga. Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie ich bez zgody autorki jest zabronione. (Dz. U. z 2000 r. Nr 80, poz.904) Candy u Liadan